14.02.2024, 01:04 ✶
— Na mnie?— niewinnie zatrzepotała rzęsami, a postronny mógłby sądzić, że próbowała go kokietować, a przecież absolutnie nie potrafiła. Na pewno nie świadomie.
— Dwa cienie, na które nikt nie zwróci uwagi— uśmiechnęła się, dłoń zaciskając na oferowanym łokciu. Być może Morpheus sądził, iż w akcie desperacji Septima przerywała wstęgę swojej grzecznej natury, że próbuje uciekać z okowów potulnych konwenansów, w które ją osadzono, w które ona sama siebie codziennie osadzała. Nie znał jednakże jej drugiej strony, nie znał historii nakreślonych czarnym, plugawym piórem, do których się nikomu nie przyznawała, bo mogły zarówno ją jak i ojcowski zakład postawić pod reflektorem stróżów prawa. Nokturn, zlecenia i gra w rosyjską ruletkę, której się czasem podejmowała, bo musiała sobie coś nieopisanego, nieulotnego udowodnić, ale tak naprawdę, tak prawdziwie, chodziło o jakieś głębsze wyjałowienie, które trawiło ją od środka, a którego za wszelką cenę pragnęła się pozbyć. Każde to kolejne nokturnowe wydarzenie odciskało na niej śrubujące piętno, każde kolejne zasiewało ziarna, których nie dało się wyplenić i pomimo tego, kolejne wciąż miały miejsca.
Nie chciała by Morpheus poznał tę plugawą stronę. Ujrzeć jej cień, w który się dziś mimowiednie zamieniła; nauczyła się żyć z palącym sumienie wstydem i choć liczyła na wykiełkowanie szczerej przyjaźni między nimi, Morpheus całej prawdy poznać o niej nie mógł.
Nie mogła do tego dopuścić.
— Jakże bym mogła odmówić? To wspaniały plan
To ona poprowadziła ich do kuchni z źrenicami buchającymi iskrami nowo zaczerpniętej ekscytacji; lekkim, bezwiednym krokiem, całkowicie pozbawionym podejrzanych, łupieżcowych intencji. W środku bulgotało od gorączkowej krzątaniny i chaosu przygotowań; służki i skrzaty wpadały na siebie nieustannie przygotowując przystawki i dopieszczając końcowe detale kolacji. Timmy rozejrzała się zdawkowo, zawieszając interwał wygłodniałego spojrzenia na stercie ptysiów, ale po refleksji, zaniechała ptysiowego abordażu — Morphowi byłoby przykro, gdyby musiał patrzeć na kremowe łakocie, których koniec końców i ona sama by nie zjadła, bo zawstydziłaby się zapomnieniem o chorobie towarzysza.
— Ja zgarnę wino, ty przekąski— zadecydowała szeptem, wyciągając dyskretnie różdżkę i przywołując do siebie pierwszą lepszą butelkę. Dwie? Nie potrafiła dużo wypić, jej limity należały do raczej żałosnych.
Niech będą dwie.
— Dwa cienie, na które nikt nie zwróci uwagi— uśmiechnęła się, dłoń zaciskając na oferowanym łokciu. Być może Morpheus sądził, iż w akcie desperacji Septima przerywała wstęgę swojej grzecznej natury, że próbuje uciekać z okowów potulnych konwenansów, w które ją osadzono, w które ona sama siebie codziennie osadzała. Nie znał jednakże jej drugiej strony, nie znał historii nakreślonych czarnym, plugawym piórem, do których się nikomu nie przyznawała, bo mogły zarówno ją jak i ojcowski zakład postawić pod reflektorem stróżów prawa. Nokturn, zlecenia i gra w rosyjską ruletkę, której się czasem podejmowała, bo musiała sobie coś nieopisanego, nieulotnego udowodnić, ale tak naprawdę, tak prawdziwie, chodziło o jakieś głębsze wyjałowienie, które trawiło ją od środka, a którego za wszelką cenę pragnęła się pozbyć. Każde to kolejne nokturnowe wydarzenie odciskało na niej śrubujące piętno, każde kolejne zasiewało ziarna, których nie dało się wyplenić i pomimo tego, kolejne wciąż miały miejsca.
Nie chciała by Morpheus poznał tę plugawą stronę. Ujrzeć jej cień, w który się dziś mimowiednie zamieniła; nauczyła się żyć z palącym sumienie wstydem i choć liczyła na wykiełkowanie szczerej przyjaźni między nimi, Morpheus całej prawdy poznać o niej nie mógł.
Nie mogła do tego dopuścić.
— Jakże bym mogła odmówić? To wspaniały plan
To ona poprowadziła ich do kuchni z źrenicami buchającymi iskrami nowo zaczerpniętej ekscytacji; lekkim, bezwiednym krokiem, całkowicie pozbawionym podejrzanych, łupieżcowych intencji. W środku bulgotało od gorączkowej krzątaniny i chaosu przygotowań; służki i skrzaty wpadały na siebie nieustannie przygotowując przystawki i dopieszczając końcowe detale kolacji. Timmy rozejrzała się zdawkowo, zawieszając interwał wygłodniałego spojrzenia na stercie ptysiów, ale po refleksji, zaniechała ptysiowego abordażu — Morphowi byłoby przykro, gdyby musiał patrzeć na kremowe łakocie, których koniec końców i ona sama by nie zjadła, bo zawstydziłaby się zapomnieniem o chorobie towarzysza.
— Ja zgarnę wino, ty przekąski— zadecydowała szeptem, wyciągając dyskretnie różdżkę i przywołując do siebie pierwszą lepszą butelkę. Dwie? Nie potrafiła dużo wypić, jej limity należały do raczej żałosnych.
Niech będą dwie.