14.02.2024, 01:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 18:33 przez Erik Longbottom.)
Chciał wierzyć, że wszystko ułoży się po jego myśli, a fragmenty układanki same wskoczą na swoje miejsce. Żywił głęboką nadzieję, że najgorsze scenariusze nie zaistnieją, ale nie był też ślepy na niebezpieczeństwa, które czyhały na to, aby wedrzeć się na scenę i zmienić idylliczną opowieść w koszmar. Wierzył, ilekroć wychodził z biur Brygady Uderzeniowej na kolejne wezwanie, wierzył też w Beltane, gdy Polana Ognisk pogrążyła się w chaosie. Zagrożenie wymierzyło mu jednak cios prosto w twarz i doprowadziło do zmiany scenerii w tym małym teatrzyku życia. Dobrze byłoby przynieść iskrę nadziei komuś innemu, teraz gdy sam przeszedł próbę swojej wiary.
— Nie, nie będziesz — odparł z nutką determinacji, jakby składał mu w ten sposób niewypowiedzianą obietnicę. — Dobrze wiedzieć, że będziemy mogli na ciebie liczyć. W razie czego, to znaczy. — Nie żeby planował na siłę wyłamywać deski w płocie, żeby go ściągnąć do Warowni. Wydął dolną wargę w lekkim uśmiechu, który zaraz przygasł. — Będziesz miał dużo do roboty w Kniei, gdy wrócisz.
Korciło go, aby zapytać Sama o tę głuszę. O to, jak to wyglądało z jego perspektywy i co widział podczas przeprawy do miasteczka. Dokładna skala zniszczeń czy efektów obecności Widm w rejonie stanowiła dla Erika poniekąd tajemnicę. Gdy ratownicy dotarli na miejsce, ledwo trzymał się na nogach i chociaż próbował ich od siebie odpędzać, aby upewnić się, że jego towarzyszy dotrwali do świtu, tak zmęczenie i obrażenia w końcu dały o sobie znać.
Podczas gdy wolontariusze wchodzili do Kniei pełnej rannych ludzi i pourywanych drzew, on tkwił w szpitalu polowym. Z perspektywy czasu żałował, że nie był w stanie zrobić więcej. Bądź co bądź, to dalej była część Doliny Godryka, część domu. Z chęcią dołożyłby swoje trzy grosze w kwestii stabilizacji sytuacji w okolicy, gdyby tylko byłaby ku temu okazja. Pytanie tylko, kto ruszy się pierwszy: Ministerstwo Magii czy lokalni mieszkańcy zmęczeni zagrożeniem wiszącym nad ich głowami.
— Oh. Oh. No tak. Faktycznie. — Opuścił spojrzenie na ziemię. Nie połączył faktów: może dlatego, że większość jego znajomych nie pałała zbyt dużą miłością do polowań, a jeśli już w nich uczestniczyła to... Erik nie potrafił przypomnieć sobie, chociażby Geraldine z taką czapką. — Teraz faktycznie ma to więcej sensu.
Powłóczył za nim wzrokiem, słuchając go z uwagą. Nie ruszył się jednak, aby zmniejszyć dzielący ich dystans. Bądź co bądź, Sam miał robotę do wykonania, a Erik tylko rozpraszał swoją gadaniną. Na wzmiankę o smaku świeżego mięsa, westchnął przeciągle w zrozumieniu, wlepiając w McGonagalla wzrok dosyć jawnie wskazujący na to, że doskonale wie, o czym mówi. Większość pełni spędzał w zamknięciu, jednak przez tyle lat musiało dojść do nawet minimalnych uchybień. Niezwykle rzadko, bo rzadko, ale i jemu zdarzało się poddać zewowi dziczy.
— Ludzie mają różne upodobania, ale to chyba jeszcze gorsze od robienia z domu jednego wielkiego muzeum. Jeszcze rozumiem, jak ktoś trzyma w domu jedno czy dwa trofea, bo można tu uznać za cenne wspomnienia, ale cała ściana, to za dużo. — Nie wyobrażał sobie schodzić codziennie na śniadanie i mijać wypchanego lisa, kaczki, szopa czy wilka. Za tego ostatniego byłby w stanie się obrazić. — Chwilę. Co zrobiłeś...? — uniósł skonfundowany głos, przekrzywiając głowę w bok, jak ciekawski pies. Co za... bezpośredniość. To musiała być urocza wizyta. — Wiesz... Zachowanie kota a babci, to trochę co innego. Jedno jest zdecydowanie bardziej makabryczne od drugiego.
Chociaż ta druga opcja wcale nie jest wiele lepsza, dodał w myślach, bo nie wyobrażał sobie zachować Ponuraka, czy którejś z rodzinnych sówek, gdy już odejdą z tego świata. Nie mógłby patrzeć na nich bez poczucia desakracji ich ciała. Teraz aż zaczęło go zastanawiać, kto z Doliny miał takie ciekawe hobby.
— Nie, nie będziesz — odparł z nutką determinacji, jakby składał mu w ten sposób niewypowiedzianą obietnicę. — Dobrze wiedzieć, że będziemy mogli na ciebie liczyć. W razie czego, to znaczy. — Nie żeby planował na siłę wyłamywać deski w płocie, żeby go ściągnąć do Warowni. Wydął dolną wargę w lekkim uśmiechu, który zaraz przygasł. — Będziesz miał dużo do roboty w Kniei, gdy wrócisz.
Korciło go, aby zapytać Sama o tę głuszę. O to, jak to wyglądało z jego perspektywy i co widział podczas przeprawy do miasteczka. Dokładna skala zniszczeń czy efektów obecności Widm w rejonie stanowiła dla Erika poniekąd tajemnicę. Gdy ratownicy dotarli na miejsce, ledwo trzymał się na nogach i chociaż próbował ich od siebie odpędzać, aby upewnić się, że jego towarzyszy dotrwali do świtu, tak zmęczenie i obrażenia w końcu dały o sobie znać.
Podczas gdy wolontariusze wchodzili do Kniei pełnej rannych ludzi i pourywanych drzew, on tkwił w szpitalu polowym. Z perspektywy czasu żałował, że nie był w stanie zrobić więcej. Bądź co bądź, to dalej była część Doliny Godryka, część domu. Z chęcią dołożyłby swoje trzy grosze w kwestii stabilizacji sytuacji w okolicy, gdyby tylko byłaby ku temu okazja. Pytanie tylko, kto ruszy się pierwszy: Ministerstwo Magii czy lokalni mieszkańcy zmęczeni zagrożeniem wiszącym nad ich głowami.
— Oh. Oh. No tak. Faktycznie. — Opuścił spojrzenie na ziemię. Nie połączył faktów: może dlatego, że większość jego znajomych nie pałała zbyt dużą miłością do polowań, a jeśli już w nich uczestniczyła to... Erik nie potrafił przypomnieć sobie, chociażby Geraldine z taką czapką. — Teraz faktycznie ma to więcej sensu.
Powłóczył za nim wzrokiem, słuchając go z uwagą. Nie ruszył się jednak, aby zmniejszyć dzielący ich dystans. Bądź co bądź, Sam miał robotę do wykonania, a Erik tylko rozpraszał swoją gadaniną. Na wzmiankę o smaku świeżego mięsa, westchnął przeciągle w zrozumieniu, wlepiając w McGonagalla wzrok dosyć jawnie wskazujący na to, że doskonale wie, o czym mówi. Większość pełni spędzał w zamknięciu, jednak przez tyle lat musiało dojść do nawet minimalnych uchybień. Niezwykle rzadko, bo rzadko, ale i jemu zdarzało się poddać zewowi dziczy.
— Ludzie mają różne upodobania, ale to chyba jeszcze gorsze od robienia z domu jednego wielkiego muzeum. Jeszcze rozumiem, jak ktoś trzyma w domu jedno czy dwa trofea, bo można tu uznać za cenne wspomnienia, ale cała ściana, to za dużo. — Nie wyobrażał sobie schodzić codziennie na śniadanie i mijać wypchanego lisa, kaczki, szopa czy wilka. Za tego ostatniego byłby w stanie się obrazić. — Chwilę. Co zrobiłeś...? — uniósł skonfundowany głos, przekrzywiając głowę w bok, jak ciekawski pies. Co za... bezpośredniość. To musiała być urocza wizyta. — Wiesz... Zachowanie kota a babci, to trochę co innego. Jedno jest zdecydowanie bardziej makabryczne od drugiego.
Chociaż ta druga opcja wcale nie jest wiele lepsza, dodał w myślach, bo nie wyobrażał sobie zachować Ponuraka, czy którejś z rodzinnych sówek, gdy już odejdą z tego świata. Nie mógłby patrzeć na nich bez poczucia desakracji ich ciała. Teraz aż zaczęło go zastanawiać, kto z Doliny miał takie ciekawe hobby.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞