29.11.2022, 21:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2022, 21:31 przez Brenna Longbottom.)
Na co jak na co, ale na rozgadanie i energię można było w jej towarzystwie liczyć. Niektórzy przez to uciekali na jej widok gdzie pieprz rośnie. Inni po prostu pokornie godzili się z losem, wysłuchując wszystkich opowieści Brenny.
- A wiesz, że to rozważałam? Jest tu w pobliżu takie jedno drzewo, próbowałam na nie wejść przez pięć lat z rzędu i nigdy się nie udało. Aż na jednej gałąź się załamała, tak samo jak moja noga i jakoś potem nie było okazji… czyli matka szykowała się do rzucania niewybaczalnych, gdy tylko na to drzewo spojrzałam… może pora sprawdzić, czy tym razem dałabym radę?
Nawet w tym wszystkim nie zmyślała. Faktycznie między dziesiątym a piętnastym rokiem życia próbowała wchodzić na to drzewo bardzo regularnie, faktycznie złamała nogę i faktycznie matka wymusiła na niej przyrzeczenie, że „będzie mądrzejsza”.
Przesunęła się nieco, robiąc Castielowi miejsce. Obserwowała, jak wdrapuje się na górę, gotowa w razie czego go podtrzymać – sama wchodząc tu omal nie zleciała, chociaż we wszelkich wspinaczkach miała doświadczenie. W przeciwieństwie do Flinta nie tylko nie cierpiała na lęk wysokości, ale też w sadzie otaczającym rodową posiadłość nie ostało się ani jednego drzewo, na które swego czasu nie weszłaby panienka Longbottom. W Hogwarcie zresztą też wystarczyło pokazać jej drzewo w pobliżu błoni, by pięć minut później siedziała na najwyższej gałęzi…
- Och, nie, nie o entach mówię. Otóż w Kniei Godryka drzewa wyrastają na prochach Greengrassów i podobno na ich wezwanie stają w obronie Doliny. Ale jest w samym sercu Kniei jedno drzewo o uschniętych gałęziach. Ponoć obłożone klątwą za przewiny Greengrassa, na grobie którego je zasadzono. I w Ostarę ożywa, by złapać nieostrożnych wędrowców, a potem zamknąć ich na zawsze pod swoją korą… - opowiedziała, trochę zniżając głos, jakby opowiadała jakąś straszną historię. Zaraz jednak znów się uśmiechnęła. – Chociaż to prawdopodobnie bajka dla dzieci. Szukałam tego drzewa parę lat i nic.
Tak. Szukała drzewa obłożonego klątwą, które ponoć łapało ludzi. Młoda Brenna bywała nazbyt ciekawska. Po dwudziestce wprawdzie trochę zmądrzała, chociaż pewnie zdaniem niektórych to „trochę” to było ciągle za mało. I wciąż, gdy biegała po lesie, czy w wilczej, czy ludzkiej postaci, rozglądała się czasem z ciekawością, czy nie dostrzeże gdzieś przedziwnego, uschniętego drzewa.
– Upuściłam jakieś okruszki? Skandal, muszę przemyśleć swoje postępowanie – stwierdziła, szerzej otwierając oczy, jakby dowiedziała się czegoś strasznego. No doprawdy, niedopuszczalne marnotrawienie czekolady! – Nie zamarzasz tak bez butów? Chociaż wy Flintowie pewnie jak trafiacie na morze przywykliście do różnej pogody.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej na informacje o tym, że serce Baldura przepadło dla pączków Nory. Nie tylko podziękowała za pomoc, ale przy okazji dołożyła cegiełkę do realizacji Wielkiego Planu Reklamowego Brenny, opracowanego specjalnie dla Nory Nory.
– Wystarczyły same pączki? A myślałam, że do tej trzeba spróbować jeszcze kremówki. Baldur ma szczęście, że jestem kobietą, inaczej musiałby się ze mną pojedynkować o pannę Figg. Ale tak to powiem, że Nora jest wolna. Można nawet dałaby mu jakiś kącik i pączki, gdyby pomógł jej z wyremontowaniem sufitu. Ale twój brat powinien się totalnie spieszyć, bo jestem pewna, że przez jej czekoladowe ptysie i makadamię niedługo absztyfikanci będą się bili pod drzwiami kawiarni, kto dostanie rękę Nory i wolny dostęp do waniliowych torcików… tych swoją drogą nie mam, ale chcesz jajko?
Wydobyła z koszyka, która leżał u jej boku, kolorową pisankę. Jedną z tych, które dziś znalazła w lesie. Nie zdążyła zjeść wszystkich, tylko dlatego, że do koszyka dołączyło parę ciasteczek kupionych na straganach, ale Castiel miał rację, upaprała się trochę czekoladą, co zdradzało, że niedawno uraczyła się jednym z jajek.
- A wiesz, że to rozważałam? Jest tu w pobliżu takie jedno drzewo, próbowałam na nie wejść przez pięć lat z rzędu i nigdy się nie udało. Aż na jednej gałąź się załamała, tak samo jak moja noga i jakoś potem nie było okazji… czyli matka szykowała się do rzucania niewybaczalnych, gdy tylko na to drzewo spojrzałam… może pora sprawdzić, czy tym razem dałabym radę?
Nawet w tym wszystkim nie zmyślała. Faktycznie między dziesiątym a piętnastym rokiem życia próbowała wchodzić na to drzewo bardzo regularnie, faktycznie złamała nogę i faktycznie matka wymusiła na niej przyrzeczenie, że „będzie mądrzejsza”.
Przesunęła się nieco, robiąc Castielowi miejsce. Obserwowała, jak wdrapuje się na górę, gotowa w razie czego go podtrzymać – sama wchodząc tu omal nie zleciała, chociaż we wszelkich wspinaczkach miała doświadczenie. W przeciwieństwie do Flinta nie tylko nie cierpiała na lęk wysokości, ale też w sadzie otaczającym rodową posiadłość nie ostało się ani jednego drzewo, na które swego czasu nie weszłaby panienka Longbottom. W Hogwarcie zresztą też wystarczyło pokazać jej drzewo w pobliżu błoni, by pięć minut później siedziała na najwyższej gałęzi…
- Och, nie, nie o entach mówię. Otóż w Kniei Godryka drzewa wyrastają na prochach Greengrassów i podobno na ich wezwanie stają w obronie Doliny. Ale jest w samym sercu Kniei jedno drzewo o uschniętych gałęziach. Ponoć obłożone klątwą za przewiny Greengrassa, na grobie którego je zasadzono. I w Ostarę ożywa, by złapać nieostrożnych wędrowców, a potem zamknąć ich na zawsze pod swoją korą… - opowiedziała, trochę zniżając głos, jakby opowiadała jakąś straszną historię. Zaraz jednak znów się uśmiechnęła. – Chociaż to prawdopodobnie bajka dla dzieci. Szukałam tego drzewa parę lat i nic.
Tak. Szukała drzewa obłożonego klątwą, które ponoć łapało ludzi. Młoda Brenna bywała nazbyt ciekawska. Po dwudziestce wprawdzie trochę zmądrzała, chociaż pewnie zdaniem niektórych to „trochę” to było ciągle za mało. I wciąż, gdy biegała po lesie, czy w wilczej, czy ludzkiej postaci, rozglądała się czasem z ciekawością, czy nie dostrzeże gdzieś przedziwnego, uschniętego drzewa.
– Upuściłam jakieś okruszki? Skandal, muszę przemyśleć swoje postępowanie – stwierdziła, szerzej otwierając oczy, jakby dowiedziała się czegoś strasznego. No doprawdy, niedopuszczalne marnotrawienie czekolady! – Nie zamarzasz tak bez butów? Chociaż wy Flintowie pewnie jak trafiacie na morze przywykliście do różnej pogody.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej na informacje o tym, że serce Baldura przepadło dla pączków Nory. Nie tylko podziękowała za pomoc, ale przy okazji dołożyła cegiełkę do realizacji Wielkiego Planu Reklamowego Brenny, opracowanego specjalnie dla Nory Nory.
– Wystarczyły same pączki? A myślałam, że do tej trzeba spróbować jeszcze kremówki. Baldur ma szczęście, że jestem kobietą, inaczej musiałby się ze mną pojedynkować o pannę Figg. Ale tak to powiem, że Nora jest wolna. Można nawet dałaby mu jakiś kącik i pączki, gdyby pomógł jej z wyremontowaniem sufitu. Ale twój brat powinien się totalnie spieszyć, bo jestem pewna, że przez jej czekoladowe ptysie i makadamię niedługo absztyfikanci będą się bili pod drzwiami kawiarni, kto dostanie rękę Nory i wolny dostęp do waniliowych torcików… tych swoją drogą nie mam, ale chcesz jajko?
Wydobyła z koszyka, która leżał u jej boku, kolorową pisankę. Jedną z tych, które dziś znalazła w lesie. Nie zdążyła zjeść wszystkich, tylko dlatego, że do koszyka dołączyło parę ciasteczek kupionych na straganach, ale Castiel miał rację, upaprała się trochę czekoladą, co zdradzało, że niedawno uraczyła się jednym z jajek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.