Upolowanie jakiejkolwiek zwierzyny nie plasowało się na szczytnym miejscu pośród jakkolwiek zagubionych, odrobinę zbitych ze swoistego pantałyku myśli. Te nieodwołalnie krążyły wokół potencjalnego mariażu, który miał zaznaczyć dłoń obrączką już na rozciągłości przeklętych tygodni i choć mogła się z tego w oczywisty sposób wykpić, nie wiedziała, czy znajdzie w sobie na tyle samozaparcia; nie wiedziała, czy mu się sprzeciwi i przede wszystkim nie wiedziała, w jaki sposób to uczynić, aby nie ulec jego słowom ponownie. Wątpliwości wbijały się uporczywymi igiełkami pod skórę, bulgocząc pod nią nieprzejednanie, gdy ponownie kierowała wzrok wielkich, sarnich ocząt na Theseusa, ślinę ciężko przełykając, nie rejestrując nieomal jego słów na żaden sposób.
Zmrużyła oczy lekko, zupełnie jakby nie chciała sączyć z ust odpowiedzi na jego słowa; założyła zamiast tego roztrzepane loki za ucho – bez horrendalnie wysokich obcasów, które na ogół przywdziewała, w których mógł ją zobaczyć wraz z początkiem spędu, była jeszcze niższa i drobniejsza w posturze i jej ledwie wybijający się ponad metr pięćdziesiąt wzrost został wyraźnie uwydatniony. Przynajmniej chude, znaczone niedowagą ramiona pozostały zakryte przez koszulę, nie mogła jednak kryć dreszczu chłodu, który gwałtownie przemknął ponownie po ciele, gdy tylko weszli w las.
Rozejrzała się ponownie po polanie, nie dostrzegając absolutnie niczego, co mogłoby świadczyć o jakimkolwiek ruchu – jedynym, co utrzymywało się bez wątpienia, to chłód wiatru szeleszczący w liściach, zamykający swym podniebnym podmuchem poranny, wiosenny przymrozek w konarach drzew.
– Nie musi być to jeleń. Upoluj cokolwiek tylko chcesz, albo i nie – tak naprawdę leży to w twoich rękach, bo nie mam męskiej dumy, którą uraziłoby wrócenie z pustymi rękoma – odparła miękko, tonem głosu absolutnie niepasującym do uszczypliwych słów wydobywających się z ust.
Na jego kolejne pytanie uniosła wysoko brwi, a przez ułamek sekundy przez myśli przebiegły powątpiewania, czy przypadkiem mężczyzna nie mieszka pod kamieniem. Zafrasowało ją to głęboko – lubiła przecież, gdyż było o niej głośno i z absolutnie równą temu gorliwością dbała o to, aby tak było, zmrużyła więc oczy ponownie, patrząc na niego z wyjątkowo, absolutnie wręcz zakorzenioną pewnością, że ten się zgrywa. Skoro jednak zamilkł na moment, zmarszczyła brwi lekko, aby jej oblicze po chwili rozjaśnił naturalny w swej krasie, drobny uśmiech.
– Jestem malarką – rzekła miękko, nie wdając się w szczegółowość swojej kariery – że posiada na własność galerię sztuki noszącą jej nazwisko, czy że błyska zębami z okładek Proroka. – A ty czym się zajmujesz? – spytała bardziej z powinności, aniżeli ciekawości. – Ja? Uszczypliwa? Nigdy w życiu – odparła i chociaż ironią nie posługiwała się biegle, ta wyraźnie zarysowała się w brzmieniu.