14.02.2024, 11:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 16:52 przez Samuel McGonagall.)
Największy problem był z tym, że Samuel nie wiedział, czy chciał, czy nie chciał, żeby to był żart. Wszystko wydawało mu się surrealistycznie, odkrywał w sobie emocje i potrzeby, których wcześniej nie był świadom, które znajdowały się gdzieś, pogrzebane, zapomniane, zasuszone. Był jak drzewne kamienie, szczątki korzeni dawno umarłego drzewa, które pod pokrywą z mchu wciąż o dziwo tętniły życiem. Soki zieleni dały o sobie znać i teraz... zapodziany w nieznanym świecie uczuć i wszechogarniających tęsknot, zdawał się smutną kupką spanikowanego nieszczęścia.
A może po prostu lubił dostawać listy, w których nie było zleceń i pracy, a inne słowa. Zabawne, miłe. Przypomnienie, że ktoś o Tobie pamięta i się interesuje, jaki jesteś.
Dotyk Bee nie był dlań bolesny czy niezrozumiały. Tu, przez lata mieli jasność, ta relacja była bezpieczna, ugruntowana, wzrosła w leśnych przygodach i rozmowach o światach dla obojga bajkowych – dziczy i cywilizacji. Była jego przewodnikiem, tak jak on niegdyś prowadził ją w dziewicze miejsca puszczy. Spośród wszystkich ludzi, była mu najbliżej siostry, której nigdy nie miał. Gretel. Zawsze widział w tej baśni rezolutną twarz Longbottomówny.
Na wzmiankę o swobodzie tylko pokiwał głową, nie chcąc mówić jak mało dlań to było swobodne. Lepiej już by się czuł na polanie w Kniei, przy ognisku, tańcząc nago ku chwale Epony, no ale słowo się rzekło i Sam postanowił dać tej całej imprezie szansę. Zwłaszcza po jej słowach, po otwartym zaproszeniu do podjęcia próby (nic na stałe!). Jakby samotny wilk, którym był, mógł przyłączyć się do zgranej watahy. Było to dość zabawne porównanie, skoro absolutnie NIKT (o ironio) z Longbottomów nie kojarzył się mu z wilkiem, a jemu samemu było z wiadomych powodów bliżej do niedźwiedzia.
Wzruszony odpowiedział jej tylko kiwaniem i gestem poprosił o wyjście. Przymierzył i krytycznie obejrzał kilka barwnych materiałowych piór, a potem... Potem wybrał coś innego.
Kiedy Brenna wróciła, zastała go w białej, wyszywanej dla faktury białą nicią koszuli wsuniętej w tweedowe kraciaste spodnie. Obok leżała marynarka, trochę Sam obsłużył się sam. Wyglądał całkiem przystojnie, rozmiar na długość był adekwatny, choć trzeba było zwęzić tak koszulę jak i spodnie. Mężczyzna obecnie z niepokojem przypatrywał się swoim mankietom:
– Bee jak Esusa kocham, nic nie zepsułem, tu nigdy nie było guzików, a same dziury, ja... ja bym nawet jakieś transmutował tutaj, ale nie mam pojęcia jak, w którym miejscu powinny się znaleźć?– jego brwi niemal łączył się ze sobą w krzaczasty namiot zwątpienia i niedowierzania. Wymysły!
A może po prostu lubił dostawać listy, w których nie było zleceń i pracy, a inne słowa. Zabawne, miłe. Przypomnienie, że ktoś o Tobie pamięta i się interesuje, jaki jesteś.
Dotyk Bee nie był dlań bolesny czy niezrozumiały. Tu, przez lata mieli jasność, ta relacja była bezpieczna, ugruntowana, wzrosła w leśnych przygodach i rozmowach o światach dla obojga bajkowych – dziczy i cywilizacji. Była jego przewodnikiem, tak jak on niegdyś prowadził ją w dziewicze miejsca puszczy. Spośród wszystkich ludzi, była mu najbliżej siostry, której nigdy nie miał. Gretel. Zawsze widział w tej baśni rezolutną twarz Longbottomówny.
Na wzmiankę o swobodzie tylko pokiwał głową, nie chcąc mówić jak mało dlań to było swobodne. Lepiej już by się czuł na polanie w Kniei, przy ognisku, tańcząc nago ku chwale Epony, no ale słowo się rzekło i Sam postanowił dać tej całej imprezie szansę. Zwłaszcza po jej słowach, po otwartym zaproszeniu do podjęcia próby (nic na stałe!). Jakby samotny wilk, którym był, mógł przyłączyć się do zgranej watahy. Było to dość zabawne porównanie, skoro absolutnie NIKT (o ironio) z Longbottomów nie kojarzył się mu z wilkiem, a jemu samemu było z wiadomych powodów bliżej do niedźwiedzia.
Wzruszony odpowiedział jej tylko kiwaniem i gestem poprosił o wyjście. Przymierzył i krytycznie obejrzał kilka barwnych materiałowych piór, a potem... Potem wybrał coś innego.
Kiedy Brenna wróciła, zastała go w białej, wyszywanej dla faktury białą nicią koszuli wsuniętej w tweedowe kraciaste spodnie. Obok leżała marynarka, trochę Sam obsłużył się sam. Wyglądał całkiem przystojnie, rozmiar na długość był adekwatny, choć trzeba było zwęzić tak koszulę jak i spodnie. Mężczyzna obecnie z niepokojem przypatrywał się swoim mankietom:
– Bee jak Esusa kocham, nic nie zepsułem, tu nigdy nie było guzików, a same dziury, ja... ja bym nawet jakieś transmutował tutaj, ale nie mam pojęcia jak, w którym miejscu powinny się znaleźć?– jego brwi niemal łączył się ze sobą w krzaczasty namiot zwątpienia i niedowierzania. Wymysły!