14.02.2024, 12:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2024, 12:24 przez Samuel McGonagall.)
Pocałunki, słodkie pocałunki, zaklinające jej i zaklinające jego coraz bardziej pospieszne pragnienia. Nie zwiodła ich potańcówka, nie ostudziło jezioro, nie zmęczył bieg przez wrzosowiska. Młodość rozkwitła w nich, tak jak w leśnym runie zakwitły stokrotki, jak drzewa oplotły ciasno zachłanne gałęzie bluszczu.
Nie był w stanie odsunąć od niej ust na dłużej niż tchnienie, a tylko po to je odsuwał, by zmienić miejsce oddawania czci jej nieskalanej miękkości. Drżąc w braku doświadczenia, w onieśmieleniu i zachwycie zsuwał z niej i siebie morką jeziorem materię, by w końcu mogli przylgnąć do siebie w prawdzie własnego istnienia, bez masek i skóry niebędącej skórą.
Gdy w końcu byli nadzy, powrócił do jej ust, ramiona do ramion, brzuch do brzucha, a nogi jak warkocz leżały pośród kwiatów. Już nie współdzielone marzenie o jedności, o zatraceniu, ale jego słodka realizacja, gdy pchany instynktem, szukał jej ciepła i otulenia.
I w końcu dźwięk, bezsłowny, choć pełen wyrazu, wypchnięty gwałtownie z płuc, ostateczna pieczęć bezmyśłnego oddania się uczuciom, niepomność na wszelkie "przeciw", gdy wszystkie gwiazdy nieprzychylne tej dwójce zgasły choćby na moment, a dwa świat stopiły się tak, jakby miały się tak pozostać na wieki.
W ruchu odnalazł rozkosz, a gdy spojrzał w jej szeroko otwarte oczy uznał za swój cel nadrzędny by i ona tej rozkoszy była zatopiona. Piękna jak nigdy, jego niepodzielnie, przyjął słodycz daru, błogosławieństwa swego słońca. Płynnie przylgnąwszy do niej odwrócił ich, by mogła nad nim zajaśnieć, decydować o tempie tej gonitwy, by mógł być dla niej wsparciem i ochroną przed niewygodą życia. Chciał tego bardzo w tamtym momencie, patrząc na anielskie krzywizny, na rozpuszczone włosy lśniące w księżycowym świetle. Chciał się zatracić i ją zabrać ze sobą w tym zatraceniu.
Nie był w stanie odsunąć od niej ust na dłużej niż tchnienie, a tylko po to je odsuwał, by zmienić miejsce oddawania czci jej nieskalanej miękkości. Drżąc w braku doświadczenia, w onieśmieleniu i zachwycie zsuwał z niej i siebie morką jeziorem materię, by w końcu mogli przylgnąć do siebie w prawdzie własnego istnienia, bez masek i skóry niebędącej skórą.
Gdy w końcu byli nadzy, powrócił do jej ust, ramiona do ramion, brzuch do brzucha, a nogi jak warkocz leżały pośród kwiatów. Już nie współdzielone marzenie o jedności, o zatraceniu, ale jego słodka realizacja, gdy pchany instynktem, szukał jej ciepła i otulenia.
I w końcu dźwięk, bezsłowny, choć pełen wyrazu, wypchnięty gwałtownie z płuc, ostateczna pieczęć bezmyśłnego oddania się uczuciom, niepomność na wszelkie "przeciw", gdy wszystkie gwiazdy nieprzychylne tej dwójce zgasły choćby na moment, a dwa świat stopiły się tak, jakby miały się tak pozostać na wieki.
W ruchu odnalazł rozkosz, a gdy spojrzał w jej szeroko otwarte oczy uznał za swój cel nadrzędny by i ona tej rozkoszy była zatopiona. Piękna jak nigdy, jego niepodzielnie, przyjął słodycz daru, błogosławieństwa swego słońca. Płynnie przylgnąwszy do niej odwrócił ich, by mogła nad nim zajaśnieć, decydować o tempie tej gonitwy, by mógł być dla niej wsparciem i ochroną przed niewygodą życia. Chciał tego bardzo w tamtym momencie, patrząc na anielskie krzywizny, na rozpuszczone włosy lśniące w księżycowym świetle. Chciał się zatracić i ją zabrać ze sobą w tym zatraceniu.