14.02.2024, 12:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2024, 22:30 przez Samuel McGonagall.)
Trochę ta rozmowa nabrała dziwnych fal i zakrętów. Samuel skupiony na heblowaniu desek próbował nie myśleć za bardzo o Kniei — prawda była taka, że praca w drewnie ratowała go od szaleństwa, od szoku kulturowego konieczności przebywania wśród ludzi cały czas, rozmawiania z nimi, rozumienia ich, przepraszania za "wypchaną babcię w fotelu".
Ton Erika był dziwny. Niósł ze sobą więcej treści, więcej znaczeń niż słowa, które powiedział. Nagle cała kwestia myśliwych i taksydermii nie miała znaczenia, zdawała się być żałosną wymówką, by nie rozmawiać o rzeczach Ważnych.
Matka mówiła mu: Nie angażuj się. Była jak ptak i chciała, by i on był jak ptak. Chronisz własne gniazdo, ale spłoszony uciekasz ratować własne życie. Ptaki nie są potężne, a z pewnością nie krogulce. Ale są zwinne i szybkie, mogą czmychnąć przed wrogiem, uniknąć strzały, wepchnąć się w niewielką szczeliną i zniknąć. Mogły przeżyć.
Trochę też tak Samuel robił w ty trudnym dla Kniei czasie. Zawsze z boku, zawsze niewidzialny. Z dala od świąt i ich obchodów, widział tylko łunę, czuł drżenie ziemi, zaciągał się aurą wszechogarniającego strachu. Oczywiście potem pomagał, gdy już dotarł do miasteczka, gdy, choć po trosze z oficjalnych komunikatów zorientował, co się dzieje.
Nie angażuj się.
System był zły. Ludziom nie warto było ufać. Ludzie czekali, żeby wykorzystać, zedrzeć skórę, okraść z czasu i życia.
Milczał długo, zapadając się monotonnym ruchu hebla, trawiąc to, co Erik powiedział, ale też co mu pokazał. Czy to nie było żałosne, dać się kupić za talerz jajecznicy? Dać się przekonać kilkoma miłymi słowami i pobrzmiewającym zapewnieniem, że tym razem nikt o nim nie zapomni, jak wtedy, osiem lat temu, gdy pożegnał jedyną osobę, której wydawało mu się wtedy przez chwilę – zależało? Jak wtedy gdy chciał wreszcie powiedzieć swojej dzikiej prawie siostrze o największej tajemnicy, o chorym ojcu, ale nie znalazła dlań czasu w ferworze nowego życia pełnego obowiązków? Czy mógł w to uwierzyć, skoro samotnie siedział w tamtą grudniową noc, pośród cienkich ścian leśniczówki, opierając się o łoże, na którym pozostawało blade i zimne ciało? Nie płakał więcej wtedy, bo nie miał już łez. Czy zmieni to ciepłe śniadanie i oddech, grymas okazujący zrozumienie?
Nie angażuj się.
Był żałośnie samotny i nieszczęśliwy. Brak lasu, brak kojącego poszumu, towarzystwa tych, których znał, zwierząt, które przyjmowały go takim, jakim był, doskwierał mu teraz po trzykroć. I ta niemoc...
Nagle zatrzymał się w połowie drogi, podnosząc gwałtownie głowę. Deska nie nadawała się już od niczego. Była zbyt cienka, tylko sekundy dzieliły ją od przełamania. Ale to nie było ważne, znajdzie i dla niej później zastosowanie. Teraz jednak oddychając ciężko pod płaszczem decyzji, którą podjął, utkwił przenikliwe błękitne ślepia w dziedzicu. W kimś, kto w przeciwieństwie do niego mógł działać. Niepewny zwilżył suche wargi, ale wiedział, że nie zejdzie z obranej ścieżki. W dwóch przydługich krokach skrócił dystans i stanął tuż przy mężczyźnie, kładąc sękatą rękę na jego piersi.
– Może niewiele umiem, może nie zdałem żadnych egzaminów, ale... ale jeśli... jeśli będziecie iść, szukać źródła, grobów, ruin... Zabierzcie mnie. Chcę mieć robotę i przed powrotem spokoju, chcę zawalczyć o swój dom. A Ty znasz ludzi, wiesz komu powiedzieć. Ty możesz o mnie pamiętać gdy będziecie iść. Zrobisz to? – Nieczęsto musiał to robić, ale teraz zadarł głowę, z tak bliska odkrywając jak wyższy od niego jest jego pracodawca. Nie potrzebował konkretnie słów obietnicy, czując pod skórą, że słowo Erika jest wiążące bez względu na zawijasy formuł, które zwykł czytać w słowach przysiąg.
Ton Erika był dziwny. Niósł ze sobą więcej treści, więcej znaczeń niż słowa, które powiedział. Nagle cała kwestia myśliwych i taksydermii nie miała znaczenia, zdawała się być żałosną wymówką, by nie rozmawiać o rzeczach Ważnych.
Matka mówiła mu: Nie angażuj się. Była jak ptak i chciała, by i on był jak ptak. Chronisz własne gniazdo, ale spłoszony uciekasz ratować własne życie. Ptaki nie są potężne, a z pewnością nie krogulce. Ale są zwinne i szybkie, mogą czmychnąć przed wrogiem, uniknąć strzały, wepchnąć się w niewielką szczeliną i zniknąć. Mogły przeżyć.
Trochę też tak Samuel robił w ty trudnym dla Kniei czasie. Zawsze z boku, zawsze niewidzialny. Z dala od świąt i ich obchodów, widział tylko łunę, czuł drżenie ziemi, zaciągał się aurą wszechogarniającego strachu. Oczywiście potem pomagał, gdy już dotarł do miasteczka, gdy, choć po trosze z oficjalnych komunikatów zorientował, co się dzieje.
Nie angażuj się.
System był zły. Ludziom nie warto było ufać. Ludzie czekali, żeby wykorzystać, zedrzeć skórę, okraść z czasu i życia.
Milczał długo, zapadając się monotonnym ruchu hebla, trawiąc to, co Erik powiedział, ale też co mu pokazał. Czy to nie było żałosne, dać się kupić za talerz jajecznicy? Dać się przekonać kilkoma miłymi słowami i pobrzmiewającym zapewnieniem, że tym razem nikt o nim nie zapomni, jak wtedy, osiem lat temu, gdy pożegnał jedyną osobę, której wydawało mu się wtedy przez chwilę – zależało? Jak wtedy gdy chciał wreszcie powiedzieć swojej dzikiej prawie siostrze o największej tajemnicy, o chorym ojcu, ale nie znalazła dlań czasu w ferworze nowego życia pełnego obowiązków? Czy mógł w to uwierzyć, skoro samotnie siedział w tamtą grudniową noc, pośród cienkich ścian leśniczówki, opierając się o łoże, na którym pozostawało blade i zimne ciało? Nie płakał więcej wtedy, bo nie miał już łez. Czy zmieni to ciepłe śniadanie i oddech, grymas okazujący zrozumienie?
Nie angażuj się.
Był żałośnie samotny i nieszczęśliwy. Brak lasu, brak kojącego poszumu, towarzystwa tych, których znał, zwierząt, które przyjmowały go takim, jakim był, doskwierał mu teraz po trzykroć. I ta niemoc...
Nagle zatrzymał się w połowie drogi, podnosząc gwałtownie głowę. Deska nie nadawała się już od niczego. Była zbyt cienka, tylko sekundy dzieliły ją od przełamania. Ale to nie było ważne, znajdzie i dla niej później zastosowanie. Teraz jednak oddychając ciężko pod płaszczem decyzji, którą podjął, utkwił przenikliwe błękitne ślepia w dziedzicu. W kimś, kto w przeciwieństwie do niego mógł działać. Niepewny zwilżył suche wargi, ale wiedział, że nie zejdzie z obranej ścieżki. W dwóch przydługich krokach skrócił dystans i stanął tuż przy mężczyźnie, kładąc sękatą rękę na jego piersi.
– Może niewiele umiem, może nie zdałem żadnych egzaminów, ale... ale jeśli... jeśli będziecie iść, szukać źródła, grobów, ruin... Zabierzcie mnie. Chcę mieć robotę i przed powrotem spokoju, chcę zawalczyć o swój dom. A Ty znasz ludzi, wiesz komu powiedzieć. Ty możesz o mnie pamiętać gdy będziecie iść. Zrobisz to? – Nieczęsto musiał to robić, ale teraz zadarł głowę, z tak bliska odkrywając jak wyższy od niego jest jego pracodawca. Nie potrzebował konkretnie słów obietnicy, czując pod skórą, że słowo Erika jest wiążące bez względu na zawijasy formuł, które zwykł czytać w słowach przysiąg.