• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander

[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#6
14.02.2024, 13:10  ✶  

Gdy znużone światło snuło się po panelach, otulając miękkim nimbem światłości zmiętą nieskładnie pościel, w której splątani osuwali się w głąb zapomnienia i emocji niepoprawnie dalekich, jedna milionowa wszechświata uchyliła im swojego światłego czoła, bielą świtu rozpościerając poły na skalanym jeszcze czernią kawy niebie. Gdzieś pomiędzy jednym westchnięciem a drugim, pośród oddechów splątanych w jedną szekspirowską mantrę, w aureoli bytowania zaklętego i przeklętego jednakowo, gdy dociskała uporczywie wargi do jego ust, scałowując z nich obietnicę, rzeczywistość zacierała swoje granice. Przeklęta kantyczka dyktowana schillerowską faktycznością, firana jej rzęs opadająca miękko, okrywając membraną powiek sarnią głębię spojrzenia – wszystko to, dyktowane przez buńczuczny fatalizm rzeczywistości, utkało ich na kanwie w obraz szyty nićmi bezkresnego przywiązania i niemej obietnicy.

Wyciągnęła dłoń, sunąc po jego ramieniu opuszkami palców, tak jakby chciała go posmakować po raz ostatni; zwieńczyć ich uczucie dzielone na dwoje, zmieszane z półmiskiem toksycznej agresji, poprzez dotyk czuły i nade wszystko oddany. Chciała, aby ta chwila trwała wieczność; aby każdy oddech zamierał w szkle pamięci, a jego wzrok spoczywał na niej zawsze. Terytorialnie niewybredna, zmieszała się z jego obsesją posiadania; została obiektem pożądania, pragnienia, jednak najmilej smakowało słowo: miłości. Chciała być z nim zawsze; tu i teraz, wszędzie i nigdzie, pośród tych gorących oddechów, które zawsze sprawiały, że zamierała w bezruchu.

Tym razem, spętana tą obietnicą, złożyła pocałunek wilgotnych warg na jego policzku, oplatając ramionami jego rękę, mrużąc oczy, w których kalejdoskopem rozlało się leniwe światło słoneczne, przysłaniając to, co widzialne – emfazę istnienia, szkopuł bytowania, to przeklęte uczucie, które czuła jedynie wobec niego. A on zawsze wracał – czasami pijany, czasami naćpany, a czasami po prostu lgnący do jej dłoni, jakby szukał w nich wybaczenia i wieczystego przyzwolenia.

– Możliwe, że jest to zapisane gdzieś w gwiazdach – zaczęła miękko, sunąc opuszkami palców po jego klatce piersiowej. – Ale to od nas zależy, kto jest naszą bratnią duszą – wyszeptała, jakby bała się okazać te słowa przed reflektory istnienia. – Jesteś moją bratnią duszą. I miłością. I wszystkim – rzekła staccato, a na jej policzku położył się akwarelą kosmyk czarnych włosów.

– Nigdy nie wiedziałam, dlaczego uciekam – podjęła tonem, jakby wypowiadała mu w usta największą tajemnicę wszechrzeczy; jakby jej szept miał zranić ciszę, która zaistniała bezsłownie; jakby robiła coś zakazanego i smakującego okrutnie dobrze. – Uciekam do ciebie. Nigdy od ciebie. Zawsze na zachód, nigdy na wschód – rzekła, wtulając nos w zagięcie jego szyi.

Dni w końcu mijały im beztrosko i w chwilach takich jak ta, gdy wszystko było takie proste i niepoplątane. Gdy mogła kochać go nade wszystko, łaskotać oddechem jego policzek i mówić słowa, których nie było żal sercu. Bo mogła przecież być z nim szczera; zawsze słodko, ułudnie prawdziwa, daleka od tego kalejdoskopu postrzegania, odbiegająca od miałkich myśli i nieistotnych zdań.

Wartki nurt rzeczny zawierał się w jej percepcji; w tym, że mogła mieć go wyłącznie dla siebie, nie dzieląc się z nikim innym. Na południe donikąd, zawsze biorąc wiatr w żagle, przyzwalając jednak na te przeklęte sztormy, które ich relacji nadawały słodko-gorzkiego posmaku. Była jak żurawinowa wódka – słodka na początku, gdy zachowywało się dystans, jednak im bliżej, tym bardziej przebijała się przez ową słodycz czysta gorycz. Wiedziała, że on czekał na to szczypanie rozlegające się w gardle; wiedziała, że powinna zrobić krok w tył, nim dojdzie do szaleńczego uzależnienia, a jednak nie mogła. Bo miłość do niego była silniejsza niż jakikolwiek afrodyzjak.

– Powiedz mi… – zaczęła, jednak z ust uleciało jedynie tchnienie.


***

Zmarszczyła brwi niewinnie na jego słowa, tak jakby faktycznie nie dorosła do podwiązek znaczących drogę podboju, jakby była o wiele bardziej czysta i niesplamiona, jakby sama sugestia odciskała się piętnem na wargach, gdy ujmowała w dłonie jego twarz – była przerażona, diabli wiedzą jak bardzo, gdy jej serce zatrzepotało, prowokując lawinę myśli. Nie wiedziała, ale coś w jej wnętrzu szeptało, że nie chce nawet wiedzieć; bo on był równie szalony, co ona, w tych swoich obscenicznych sukienkach, diamentowych kolczykach i koliach otulających miękko łabędzią szyję.

Myślała, że chce wiedzieć o nim wszystko, dzielić z nim każdy aspekt swojego życia – teraz jednak, poddała ten osąd w wątpliwości. Oczywiście, chciała się z nim kochać, chciała zapomnieć, chciała rozsunąć te ciemne, burzowe chmury znad jego głowy, nawet jeśli nie chciał mówić, nawet jeśli nie chciał rozmawiać, nawet jeśli…

Chciała krzyczeć, uderzyć go drobną pięścią w klatkę piersiową, sprowadzić go do bieżącej rzeczywistości; nie tego surrealistycznego medium, w którym wszystko było zakrzywione.

I nawet jeśli scałowałaby z jego ust obietnicę – nie powstrzymałoby to drżących rąk, na których panika odbijała się z każdym słowem, którym kalał przestrzeń wypełnioną bez kresu ciszą.

Bo przecież istotnie, nigdy nie była niewinna; nigdy nie pasowały do niej białe hortensje, co najwyżej krwiste róże – krwiste, jak ta krew rozlewająca się po posadzce, tworząca rdzawe kształty… Była demonem całą sobą, a jej bezwzględność i dojmująca potrzeba górowania sprowadzały ją do miana sukuba. On jednak, jej mikrokosmos uczuć wobec niego, były zgoła odmienne; czułość, z którą sunęła dłońmi po jego policzkach, nie mogła równać się z niczym innym na tym łez padole.

Nawet teraz, gdy chciał ją posiadać gwałtownie i bez opamiętania, była gotowa oddać mu się cała; tylko dlatego, że go kochała. Tylko dlatego, że lubiła myśleć o sobie, że istnieje dla niego.

– Nigdy cię nie zostawię – rzekła tonem nader silnym, w opozycji stojącym do kruchej, mikrej sylwetki. – Przerażasz mnie, Alex. Boję się. Nigdy nie byłeś taki – dodała po chwili, uginając brwi w zmartwieniu.

Przecież nie bała się w gruncie rzeczy jego. Bała się tego, kim może się stać, że zatraci swoją ludzką stronę, a wiedziała, że gdy tylko on osunie się w otchłań – ona spadnie w jej ramiona razem z nim. Bo go kochała; bo chciała być z nim zawsze i czasami; bez zbytnich egzaltacji, bez sztucznych uśmiechów i bez tej całej gry – trzymała go za dłoń na rozciągłości tych lat, począwszy od tego, jak leżeli w ogrodzie obserwując spadające gwiazdy; gdy mieli być dla siebie jedną nocą: gwiazdy miały jednak inne plany na względzie.

Połączyło ich wszystko i nic.

– Jesteś dla mnie wszystkim – wyszeptała, stając na czubki palców, aby w przytuleniu ułożyć podbródek na jego barku. – Nie będę pytać. Nie dlatego, że nie chcę znać prawdy, tylko dlatego, że ci ufam. Spokojnie, proszę, spokojnie – szeptała do jego ucha, dłonie zaciskając na materiale jego odzienia.

Odsunęła się jedynie na moment, łapiąc oddech, usiłując zapanować nad mlekiem rozlanym w postaci jej własnego okrutnego przejęcia. Ujęła po chwili jego podbródek w dłoń i złożyła na jego wargach krótki, rzeczowy pocałunek.

– Jestem z tobą. Bardziej niż z kimkolwiek innym, bardziej niż kiedykolwiek. Jeśli stało się coś złego, to najwyraźniej tak musiało być. Zaufaj gwiazdom, Alex. Tym gwiazdom, które widzieliśmy lata temu, gdy się poznaliśmy – wyszeptała sunąc kciukami po szczycie jego kości jarzmowych.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (6467), Loretta Lestrange (3942)




Wiadomości w tym wątku
[13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander - przez Alexander Mulciber - 14.01.2024, 20:03
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.01.2024, 20:08
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Alexander Mulciber - 14.01.2024, 20:08
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.01.2024, 20:09
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Alexander Mulciber - 19.01.2024, 01:25
RE: [13 czerwca 1972] Where is my mind? | Loretta x Alexander - przez Loretta Lestrange - 14.02.2024, 13:10
RE: [13 czerwca 1972] where is my mind? | Loretta i Alexander - przez Alexander Mulciber - 15.09.2024, 17:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa