14.02.2024, 13:26 ✶
Mówiono o Severine, że była niewzruszoną skałą.
Dlaczego więc teraz płakała, tak żałośnie krucha i słaba, szukając pocieszenia w ramionach przyjaciela? Do perfekcji opanowała przecież sztukę odcinania się od swoich emocji, dystansowania się, mówienia o sobie w taki sposób, jakby przedstawiała kolejnego klienta i sprawę; bezpodmiotowo, chłodno, nastawiona wyłącznie na zysk. Dlaczego nagle się złamała? Jedna z przyczyn z pewnością leżała w ludzkiej fizjologii, w burzy hormonów, jakie jej organizm - jakby na przekór niej samej - produkował w nadmiernych ilościach. Ale to nie wyrzut oksytocyny doprowadził Severine do takiego stanu.
Czuła, że coś w niej pęka. Powoli, kawałek po kawałku, jak tama, która nie może dłużej powstrzymać zbierającej się za nią wody, która w końcu przerywa pozornie solidny (żel)beton i przedziera się na zewnątrz. Zdawało jej się, że oto wylewają się z niej wszystkie uczucia, jakie tłumiła przez ostatnie lata i wstydziła się za siebie. Wstydziła się swojej opuchniętej, czerwonej twarzy i łzy cieknących po policzkach i tego, że nie była w stanie mówić.
— Atticus — załkała żałośnie. Genezy imienia nie zdradzała - gdyby zapytał, szłaby w zaparte, że nie stało za tym nic nadzwyczajnego; jedynie spodobało jej się brzmienie tego imienia. Nie należy komplikować sprawy bardziej, niż już była zagmatwana. — Nie wiem... Nie wiem, Lou.
A przecież zawsze wiedziała. Zawsze umiała znaleźć wyjście z każdej sytuacji, światełko w tunelu - nawet jeśli sama musiała rozniecić tę iskrę. Teraz wydawało jej się, że znajduje się w ciemnym pokoju bez możliwości wyjścia, a ściany napierają na nią z każdej strony coraz mocniej, i mocniej. Żałośnie bezradna wobec okrucieństwa świata.
Przylgnęła więc do Louvaina, złożyła głowę na jego zimnym jak lód torsie i długo nie mówiła nic. Pozwalała tylko łzom płynąć, wylać się za wszystkie czasy. Och, jakże kojąca była bliskość drugiego człowieka! A gdy wreszcie się uspokoiła, ostrożnie podniosła na niego spojrzenie zaczerwienionych oczu. Nie odsunęła się jednak, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo brakowało jej zwyczajnego przyjacielskiego dotyku.
— Nie zamierzam cię prosić, abyś go uznał. To przyniesie nam same kłopoty i wywoła niepotrzebny skandal. Właściwie, to nikt nie musi wiedzieć, że to ja go urodziłam... — głos miała dziwnie ochrypły, jakby nie do końca zgadzała się ze słusznością swoich słów — Chcę mieć go tylko przy sobie. Móc uczestniczyć w jego życiu bez lęku, że znów go stracę.
Dlaczego więc teraz płakała, tak żałośnie krucha i słaba, szukając pocieszenia w ramionach przyjaciela? Do perfekcji opanowała przecież sztukę odcinania się od swoich emocji, dystansowania się, mówienia o sobie w taki sposób, jakby przedstawiała kolejnego klienta i sprawę; bezpodmiotowo, chłodno, nastawiona wyłącznie na zysk. Dlaczego nagle się złamała? Jedna z przyczyn z pewnością leżała w ludzkiej fizjologii, w burzy hormonów, jakie jej organizm - jakby na przekór niej samej - produkował w nadmiernych ilościach. Ale to nie wyrzut oksytocyny doprowadził Severine do takiego stanu.
Czuła, że coś w niej pęka. Powoli, kawałek po kawałku, jak tama, która nie może dłużej powstrzymać zbierającej się za nią wody, która w końcu przerywa pozornie solidny (żel)beton i przedziera się na zewnątrz. Zdawało jej się, że oto wylewają się z niej wszystkie uczucia, jakie tłumiła przez ostatnie lata i wstydziła się za siebie. Wstydziła się swojej opuchniętej, czerwonej twarzy i łzy cieknących po policzkach i tego, że nie była w stanie mówić.
— Atticus — załkała żałośnie. Genezy imienia nie zdradzała - gdyby zapytał, szłaby w zaparte, że nie stało za tym nic nadzwyczajnego; jedynie spodobało jej się brzmienie tego imienia. Nie należy komplikować sprawy bardziej, niż już była zagmatwana. — Nie wiem... Nie wiem, Lou.
A przecież zawsze wiedziała. Zawsze umiała znaleźć wyjście z każdej sytuacji, światełko w tunelu - nawet jeśli sama musiała rozniecić tę iskrę. Teraz wydawało jej się, że znajduje się w ciemnym pokoju bez możliwości wyjścia, a ściany napierają na nią z każdej strony coraz mocniej, i mocniej. Żałośnie bezradna wobec okrucieństwa świata.
Przylgnęła więc do Louvaina, złożyła głowę na jego zimnym jak lód torsie i długo nie mówiła nic. Pozwalała tylko łzom płynąć, wylać się za wszystkie czasy. Och, jakże kojąca była bliskość drugiego człowieka! A gdy wreszcie się uspokoiła, ostrożnie podniosła na niego spojrzenie zaczerwienionych oczu. Nie odsunęła się jednak, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo brakowało jej zwyczajnego przyjacielskiego dotyku.
— Nie zamierzam cię prosić, abyś go uznał. To przyniesie nam same kłopoty i wywoła niepotrzebny skandal. Właściwie, to nikt nie musi wiedzieć, że to ja go urodziłam... — głos miała dziwnie ochrypły, jakby nie do końca zgadzała się ze słusznością swoich słów — Chcę mieć go tylko przy sobie. Móc uczestniczyć w jego życiu bez lęku, że znów go stracę.