Od rana pomagałam panu Tailorowi przekopać ogródek. Praca nie była ciężka, ale przeszkadzał mi strasznie jego pies. Bardzo chciał pomóc i rozkopywał ziemię na wszystkie strony, w tym na mnie. A był duży, więc fale piachu objęły całą moją sylwetkę. Tragiczne. Pana Tailora bardzo to bawiło, z tego powodu nie zdobyłam się na poproszenie go o zabranie stąd pieska.
Wróciłam do domu znużona. Ziemia wciąż sypała się z zakamarków mojego ubrania i nawet nie wiedziałam, że jestem brudna na twarzy. Złapałam szklankę wody i rozwaliłam się na ławce w ogrodzie. Ściągnęłam też rękawice, żeby dać moim palcom pooddychać. Będąc w cieniu, pozbyłam się też okularów i kapelusza. Chwilę mogłam pobyć w takim negliżu, ale tylko chwilę, bo zostałam zawołana.
Poznałam już tyle osób w Dolinie Godryka, ale jakimś cudem zawsze znajdował się ktoś nowy. Plusem całej sytuacji jest moja zwiększona odporność na kontakty z obcymi. Szczególnie, kiedy byłam tak zmęczona psychicznie i nie miałam siły na niezręczności, czy lęki. Odruchowo jednak zasłoniłam twarz kapeluszem i okularami. Koszula podwinięta do łokci odsłaniała blizny po poparzeniach, ale na te już tak nie zważałam. Te na twarzy to coś, co lepiej pozostawić w cieniu szerokiego ronda.
Podniosłam się, gdy gość przybył wystarczająco blisko.
— Dzień dobry. Samuel, prawda? I tego bałaganu wcale nie ma tak dużo. Trzeba tylko trochę posprzątać u zwierząt. Mówiłam mu, że dam sobie radę sama, ale nalegał na sprowadzenie pomocy... — wzruszyłam ramionami. Wiedział, że całe dnie pracuję w okolicznych gospodarstwach, więc nie chciał angażować mnie za bardzo w prace domowe. Ale tutaj było łatwiej, w końcu można było używać magii. O właśnie. — Jeszcze tylko skoczę po różdżkę... Czy coś do picia może?
Czułam się swobodniej wśród nowo poznanych, ale unikanie kontaktu wzrokowego mi zostało. Nawet jeśli okulary nie zdradzały drogi mojego spojrzenia, nie potrafiłam się zdobyć na spojrzenie Samuelowi w twarz. Tylko rzuciłam wzrokiem, gdy się pojawił. Miał bardzo jasne włosy i zarost. Tyle zapamiętałam.