14.02.2024, 16:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 09:55 przez Lorraine Malfoy.)
Raine - to jedno słowo dźwięczało echem w jej głowie, kiedy nieznajoma zwróciła się do pozostałych kobiet, a jego echo budziło wspomnienia ciężkich oddechów Maeve i ciepła jej gibkiego ciała - to jedno słowo, wytrąciło Lorraine z równowagi... I sprawiło, że zrezygnowała z planów delikatnego przeszukania umysłu tajemniczej dziewczyny za pomocą legilimencji, do czego przez pewien czas szykowała się, podchodząc coraz to bliżej: krokiem lekkim, ale ostrożnym, tak, by zrównać się z Maeve, która wysunęła się do przodu, chcąc ją chronić - ale przecież Lorraine potrafiła o siebie zadbać, i o nią również, na swoje nieco pokrętne sposoby odrobinkę zepsutej moralnie półwili - ale tym razem, Malfoy nie mogła polegać na magii umysłu, bo przecież nieznajoma wygrała już tę grę, zanim Lorraine zdażyła wykonać pierwszy ruch. Kimkolwiek była, znała jej myśli; znała ją samą, wyczuła jej wątpliwości, tajone zamiary, wstrętną obłudę, i tlącą się w jej duszy desperację - zapewne znała już wspomnienia wszystkich ich tutaj, jak tak stały na tej łące, wiedziała o metamorfogicznych eskapadach Maeve i przygodach, które przeżywała w obcej skórze, o czerwonych, dziesięciocentymetrowych szpilkach Sarah, w których jej nogi i tyłek wyglądały doskonale, ale tylko kiedy stała nieruchomo, i treść wszystkich przepowiedni Effimery - i, w ogóle nie kryjąc się ze swoimi intencjami, uderzyła w Lorraine i jej towarzyszki lekką bryzą pozytywnych afirmacji, z którą, oprócz woni kwiatów, przypłynął także spokój.
Chwalmy Matkę, bo gdyby nie to, że fala błogości obmyła je jak święcona woda, Lorraine niechybnie pierdolnęłaby w nieznajomą legilimens za nazwaniem jej imieniem, którego mogła używać tylko pewna Azjatka... Akurat przypadkiem stojąca u boku Malfoy.
Lorraine wypuściła z piersi powietrze, czując, jak uspokajający czar rozlewa się przyjemnym ciepłem wewnątrz jej ciała, tak jak wcześniej, kiedy ni to parsknęła śmiechem, ni to załkała z przejęcia, kiedy Maeve wreszcie się obudziła i zaczęła sypać swoimi głupimi żartami - bo to znaczyło, że jest Maeve, prawdziwą, niepodrabianą, zawsze skrywającą problemy pod zawadiackim uśmiechem, a nie wytworem jakiejś sennej aberracji, w którym zostały uwięzione - i spojrzała na całą tę sytuację z nowej perspektywy. Lorraine bardzo próbowała nie ulec urokowi - co za ironia, jakieś wile czary skierowane przeciwko półwili... - ale musiała uznać wyższość tajemniczej towarzyszki.
Bo może ta dziewczyna, zasypująca teraz pieszczotami owieczkę, rzeczywiście nie była ich wrogiem?
Sama, ale nigdy samotna... Lorraine nigdy nie była sama, ale zawsze była samotna. Przywykła. Zawsze wiedziała, że jest z nią coś nie tak, no bo przecież mama za mało przytulała ją w dzieciństwie, czy coś, i przez to już do końca życia musiała sobie rekompensować emocjonalne niedojebanie lawirując między łóżkiem Maeve a wampirzą trumną Otto. Poniekąd właśnie dlatego Lorraine skłoniła się w stronę wiary: jej tchórzliwa, biologiczna matka-wila popełniła samobójstwo, porzucając ją na łaskę i niełaskę nieodpowiedzialnego ojca; Miranda, będąca jej matką w każdym aspekcie tego słowa poza realnym pokrewieństwem, spędziła większość życia patrząc na przybraną córkę z pogardą, wydzielając okruchy miłości z taką samą sadystyczną precyzją, z jaką Lorraine wydzielała sobie jedzenie, kiedy walczyła z zaburzeniami odżywiania; ale Matka, wszechwiedząca bogini, kochała przecież nieodwołalnie, i nikogo nie odtrącała od swojego łona.
- A co innego mogą ofiarować? - rzuciła, jakby to była pierwsza rzecz, która wpadła jej do głowy (w której nieustannie tłukły się pytania: Kim jesteś? Czy jesteś tym, kim myślę, że jesteś? Gdzie jesteśmy? Czy stąd wyjdziemy?), patrząc z powagą na nieznajomą. Pytała szczerze. Niezależność była jedynym skarbem, jaki posiadała Lorraine Malfoy. Póki miała możliwość samostanowienia o sobie samej, była w stanie znieść wszystko, bo to znaczyło, że dalej jest sobą, że dalej ma przyszłość, że dalej może coś zmienić. Kochając, poświęcała część siebie każdemu, kogo darzyła uczuciem, tylko w takim bezbrzeżnym oddaniu i pokrętnej lojalności widząc jakikolwiek sens... miłości.
To było inne od ofiary Agathy, która gotowa była przelać krew dla ukochanej bogini, ale Lorraine, z umysłem wypaczonym przez nadużywanie legilimencji, najwyższego poświęcenia upatrywała w dzieleniu się z innymi własną duszą, nie zaś w rozlewie krwi. Nie, Lorraine nie miała nic innego poza własnym życiem, i ambicją, by zmienić je na lepsze. A ofiara? Malfoy wierzyła w to, że aby osiągnąć prawdziwą wielkość, trzeba poświęcić całe swoje życie w dążeniu do niej. Tylko w ten sposób można być jej godnym.
Zresztą, skąd nieznajoma wiedziała o Agathcie? To też wyczytała w jej głowie?
Chwalmy Matkę, bo gdyby nie to, że fala błogości obmyła je jak święcona woda, Lorraine niechybnie pierdolnęłaby w nieznajomą legilimens za nazwaniem jej imieniem, którego mogła używać tylko pewna Azjatka... Akurat przypadkiem stojąca u boku Malfoy.
Lorraine wypuściła z piersi powietrze, czując, jak uspokajający czar rozlewa się przyjemnym ciepłem wewnątrz jej ciała, tak jak wcześniej, kiedy ni to parsknęła śmiechem, ni to załkała z przejęcia, kiedy Maeve wreszcie się obudziła i zaczęła sypać swoimi głupimi żartami - bo to znaczyło, że jest Maeve, prawdziwą, niepodrabianą, zawsze skrywającą problemy pod zawadiackim uśmiechem, a nie wytworem jakiejś sennej aberracji, w którym zostały uwięzione - i spojrzała na całą tę sytuację z nowej perspektywy. Lorraine bardzo próbowała nie ulec urokowi - co za ironia, jakieś wile czary skierowane przeciwko półwili... - ale musiała uznać wyższość tajemniczej towarzyszki.
Bo może ta dziewczyna, zasypująca teraz pieszczotami owieczkę, rzeczywiście nie była ich wrogiem?
Sama, ale nigdy samotna... Lorraine nigdy nie była sama, ale zawsze była samotna. Przywykła. Zawsze wiedziała, że jest z nią coś nie tak, no bo przecież mama za mało przytulała ją w dzieciństwie, czy coś, i przez to już do końca życia musiała sobie rekompensować emocjonalne niedojebanie lawirując między łóżkiem Maeve a wampirzą trumną Otto. Poniekąd właśnie dlatego Lorraine skłoniła się w stronę wiary: jej tchórzliwa, biologiczna matka-wila popełniła samobójstwo, porzucając ją na łaskę i niełaskę nieodpowiedzialnego ojca; Miranda, będąca jej matką w każdym aspekcie tego słowa poza realnym pokrewieństwem, spędziła większość życia patrząc na przybraną córkę z pogardą, wydzielając okruchy miłości z taką samą sadystyczną precyzją, z jaką Lorraine wydzielała sobie jedzenie, kiedy walczyła z zaburzeniami odżywiania; ale Matka, wszechwiedząca bogini, kochała przecież nieodwołalnie, i nikogo nie odtrącała od swojego łona.
- A co innego mogą ofiarować? - rzuciła, jakby to była pierwsza rzecz, która wpadła jej do głowy (w której nieustannie tłukły się pytania: Kim jesteś? Czy jesteś tym, kim myślę, że jesteś? Gdzie jesteśmy? Czy stąd wyjdziemy?), patrząc z powagą na nieznajomą. Pytała szczerze. Niezależność była jedynym skarbem, jaki posiadała Lorraine Malfoy. Póki miała możliwość samostanowienia o sobie samej, była w stanie znieść wszystko, bo to znaczyło, że dalej jest sobą, że dalej ma przyszłość, że dalej może coś zmienić. Kochając, poświęcała część siebie każdemu, kogo darzyła uczuciem, tylko w takim bezbrzeżnym oddaniu i pokrętnej lojalności widząc jakikolwiek sens... miłości.
To było inne od ofiary Agathy, która gotowa była przelać krew dla ukochanej bogini, ale Lorraine, z umysłem wypaczonym przez nadużywanie legilimencji, najwyższego poświęcenia upatrywała w dzieleniu się z innymi własną duszą, nie zaś w rozlewie krwi. Nie, Lorraine nie miała nic innego poza własnym życiem, i ambicją, by zmienić je na lepsze. A ofiara? Malfoy wierzyła w to, że aby osiągnąć prawdziwą wielkość, trzeba poświęcić całe swoje życie w dążeniu do niej. Tylko w ten sposób można być jej godnym.
Zresztą, skąd nieznajoma wiedziała o Agathcie? To też wyczytała w jej głowie?