Ubrał na siebie wygodną, sztruksową kurtkę mugolską z kilkoma kieszeniami. Poupychał w nich przydatne przedmioty m.in. niewielki składany nożyk, parę wsuwek, ale nie po to, aby spinać sobie włosy. Miał wrażenie, że czasami takie drobne, metalowe przedmioty przydają się, bo magia czasem zawodziła. Przy pasku spodni miał większy sztylet w kaburze, który nadawał się momentami do przecięcia sobie drogi przez zarośla. Spodnie bojówki miał jak zwykle lekko zniszczone. Na nogach ciężkie, wojskowe buty. Nie prezentował się jak bogacz i zwykle też się tak nie zachowywał. Czy dziwnie czuł się w tej ekipie? Oczywiście. Zwykle miał do czynienia tylko z Brenną jeśli chodziło o jakieś szalone wypady. Teraz musiał w tej kwestii współpracować z innymi, prawie obcymi ludźmi. Nie wyglądał na zadowolonego, ale kto w takiej sytuacji tryskałby energią i dobrym humorem? Jeśli ktoś go zagadał odpowiedział oczywiście jakimś marnym żartem lub sarkazmem. Włosy miał związane z tyłu głowy w bardzo niewielki kitek, ale tylko dlatego, aby mu nie przeszkadzały. Musiał zachować jakąkolwiek czujność, aby nie wyjść na jakiegoś debila.
Gdy dotarli do brzegu od razu pomógł zabezpieczyć łódź i ją ukryć. Musiał coś robić, a płynięcie w łodzi było dla niego naprawdę okropnie nużące. Nie lubił siedzieć, nie lubił bezczynności. Uwielbiał cokolwiek robić, aby dać upust swojej energii. Jego ciemne oczy uważnie obserwowały otoczenie, ludzi, którzy się tu znaleźli. Otoczenie wywoływało napięcie, ta cisza wywołana brakiem zwierząt była porażająca. Dziwne mu się wydawało nawet to, że nie było ptaków, ale czego można było się spodziewać po wyspie, która znika?
Vincent jak na siebie odzywał się dosyć mało, praktycznie wcale. Szedł przed Erikiem, bo w sumie chciał mieć oko na otoczenie z tyłu skoro Brenna szła przodem. Gdy Brenna nakazała dobrać im się w pary w pierwszym odruchu pomyślał o niej, ale z drugiej strony ona sobie poradzi, a były tu osoby mniej działające w boju, więc drugą osobą, o której pomyślał był Erik, bo jego znał, ale ten został zajęty przez rudą dziewczynkę. Została mu Dora, której praktycznie nie znał, bo nie zadawał się ze znajomymi Brenny, jej rodzina też go raczej wolała unikać, więc cóż. Podrapał się w tył głowy przyglądając się Dorze, która zaczęła rozdawać eliksiry poczekał, aż dotrze do niego i uśmiechnął się do niej w miarę możliwości ciepło. Kojarzył ją, ale totalnie nie znał. Nie pamiętał nawet, czy zamienił z nią kiedykolwiek jakiekolwiek słowo, więc grzecznie schował fiolkę w kurtce w bezpiecznym miejscu.
– Dzięki – odparł – I na to wychodzi – otaksował ją od góry do dołu jakby chcąc zgadnąć, czy była człowiekiem uzdolnionym w walce, czy raczej siedziała gdzieś na tyłach i używała walki w ostateczności. Nie był w stanie tego ocenić, więc na wszelki wypadek stwierdził, że będzie miał na nią podwójne oko, aby nie zawieść Brenny. – Często wychodzisz na takie akcje z Brenną? – postanowił ją o to zapytać, aby się upewnić. Wyciągnął swoja różdżkę.