14.02.2024, 18:38 ✶
Rzuty na percepcję - kto co zauważy i na ile połączy fakty
– A ty przewidzisz, gdybym chciała zrobić coś bardzo głupiego? - spytała Brenna Morpheusa. Nie próbowała się z nim kłócić, bo to nie był zły rozkład par.
Posłała wujowi uśmiech, bo po prostu nie mogła okazywać teraz niepewności ani strachu: nie, kiedy inni zdawali się niepewni, w tym jej brat. Chociaż zmierzyła go uważnym spojrzeniem, jakby chcąc sprawdzić, jak zniósł ten cały spacer, niezbyt długo może, ale za to mozolny. Przyjęła od Dory eliksir i wsunęła go do kieszeni spodni, mugolskich, bardzo przypominających te wojskowe, a potem zwróciła wzrok na Erika.
– Jeżeli inna droga istnieje, to o niej nie wiemy. I między innymi dlatego nie możemy po prostu wysadzić wyjścia – wyjaśniła spokojnym, rzeczowym tonem. – Poza tym to Voldemort. Nikt nam nie zagwarantuje, że nie odblokuje korytarza, który my zniszczymy. Przepowiednie, te prawdziwe... rzadko wypowiadane są bez powodu.
Mogliby zniszczyć wejście, ale być może wtedy ktoś dostałby się do środka w inny sposób, którego oni nie znali. Albo Voldemort, który otworzył sobie drogę d Limbo, zdołałby bez większego problemu usunąć czarami kupę gruzów. Brennie też ani trochę się to wszystko nie podobało, ale tylko uśmiechnęła się do brata uspokajająco, starając się nie myśleć o tym, że chyba nie powinna go tu zabierać.
Ale teraz było za późno, żeby coś zmienić.
– Ja przodem, w takim razie, tuż za mną Morpheus. Heath i Erik, proszę, trzymajcie się jakieś dwa metry za nami, będę wdzięczna, jeżeli wy będziecie oznaczać drogę. – Dość, żeby nie zgubili się nawzajem z oczu, ale jednocześnie aby – gdyby Brenna i jej wuj weszli prosto w jakąś pułapkę – ta prawdopodobnie nie zagarnęła także ich. Jednocześnie, kiedy Brenna i Morpheus będą poruszać się ostrożnie i sprawdzać, czy nie ma jakiejś niespodzianki, ta dwójka mogła dopilnować, aby nie zabłądzili, gdyby okazało się, że korytarze się rozwidlają. – Pochód zamykają Vinc i Dora.
A potem po prostu wsunęła się w ciemność, na krok przed Morpheusem, z różdżką rozświetloną zaklęciem w ręku.
Światło przygasło nieco, ledwo Brenna przestąpiła wejście.
Pojedynczy kamyk prysnął spod grubej podeszwy trapera i potoczył się do przodu, a ten dźwięk zdawał się dziwnie głośny w panującej przed nimi ciszy.
*
Droga wiodła w dół.
Wbrew obawom Erika, nie była aż tak wąska – samo wejście było bardzo niewielkie i ciasne, ale dalej tunel się poszerzał. Mężczyzna nie tylko nie dotykał głową sufitu, ale obok siebie bez większego problemu mogły iść dwie osoby. Wbrew obawom Brenny z kolei nie było wielu korytarzy i nie wydawało się, że mogliby zabłądzić – przynajmniej na razie. Pięć minut marszu nie przyniosło też żadnych przykrych niespodzianek. Nie było pułapek. Nie było śladów po nich. I tylko…
– Ten korytarz nie wygląda, jakby powstał naturalnie – mruknęła Brenna, unosząc różdżkę, by zbliżyć ją ku ścianie. – Jest zbyt równy. A ciemność staje się coraz bardziej gęsta. Sądziłam, że mi się wydaje, ale chyba jednak nie. I to dziwne, że na nic się nie natknęliśmy? Że nijak nie jest chroniony? Zupełnie, jakby coś chciało, żebyśmy poszli dalej, skoro tu już dotarliśmy…
On czeka w mroku, by się pożywić, by się uwolnić, pomyślał nagle Morpheus – i nie był pewny, czy to jego własna myśl.
Czy to przebłysk jasnowidzenia, coś, co zostanie wypowiedziane w kolejnych godzinach?
Głosy, takie jak te, które słyszał Charon?
Vincent nadepnął na coś – okazało się, że to moneta, bez wątpienia stara, ani galeon, ani żadna używana teraz obecnie na wyspach brytyjskich. Była nie tylko wiekowa, ale musiała też leżeć tutaj od bardzo, bardzo dawna. Nie byli pierwszymi ludźmi, którzy szli tym tunelem.
Na jego oko było nawet bardzo możliwe, że Salt i jego towarzysze, którzy weszli tu dziesięć lat temu też nie byli pierwsi.
Heather zdało się z nagła, że ktoś ją obserwuje: że jeżeli by się odwróciła, zobaczyłaby, że ktoś stoi tuż za nią. Gdy to zrobiła, widziała tylko idących kawałek dalej członków grupy, złudne wrażenie jednak nie minęło, teraz miała wrażenie, że ktoś jest z boku…
Erik wypatrzył tymczasem coś na ziemi.
To była paczka papierosów.
Paczka papierów, którą ktoś z kolei upuścił bardzo, bardzo niedawno.
Dora nie dostrzegła niczego ciekawego, poza tym, że wciąż nie było tu żadnej roślinności, jakby nic nie było w stanie wzrosnąć w tej ciemności: jakby tutejszy mrok pochłaniał całe życie.
Odpisy do 20, 19.02 -> dodaję 1 dzień dodatkowo wyjątkowo, żeby się wam nie zbiegły deadliny z eventem
– A ty przewidzisz, gdybym chciała zrobić coś bardzo głupiego? - spytała Brenna Morpheusa. Nie próbowała się z nim kłócić, bo to nie był zły rozkład par.
Posłała wujowi uśmiech, bo po prostu nie mogła okazywać teraz niepewności ani strachu: nie, kiedy inni zdawali się niepewni, w tym jej brat. Chociaż zmierzyła go uważnym spojrzeniem, jakby chcąc sprawdzić, jak zniósł ten cały spacer, niezbyt długo może, ale za to mozolny. Przyjęła od Dory eliksir i wsunęła go do kieszeni spodni, mugolskich, bardzo przypominających te wojskowe, a potem zwróciła wzrok na Erika.
– Jeżeli inna droga istnieje, to o niej nie wiemy. I między innymi dlatego nie możemy po prostu wysadzić wyjścia – wyjaśniła spokojnym, rzeczowym tonem. – Poza tym to Voldemort. Nikt nam nie zagwarantuje, że nie odblokuje korytarza, który my zniszczymy. Przepowiednie, te prawdziwe... rzadko wypowiadane są bez powodu.
Mogliby zniszczyć wejście, ale być może wtedy ktoś dostałby się do środka w inny sposób, którego oni nie znali. Albo Voldemort, który otworzył sobie drogę d Limbo, zdołałby bez większego problemu usunąć czarami kupę gruzów. Brennie też ani trochę się to wszystko nie podobało, ale tylko uśmiechnęła się do brata uspokajająco, starając się nie myśleć o tym, że chyba nie powinna go tu zabierać.
Ale teraz było za późno, żeby coś zmienić.
– Ja przodem, w takim razie, tuż za mną Morpheus. Heath i Erik, proszę, trzymajcie się jakieś dwa metry za nami, będę wdzięczna, jeżeli wy będziecie oznaczać drogę. – Dość, żeby nie zgubili się nawzajem z oczu, ale jednocześnie aby – gdyby Brenna i jej wuj weszli prosto w jakąś pułapkę – ta prawdopodobnie nie zagarnęła także ich. Jednocześnie, kiedy Brenna i Morpheus będą poruszać się ostrożnie i sprawdzać, czy nie ma jakiejś niespodzianki, ta dwójka mogła dopilnować, aby nie zabłądzili, gdyby okazało się, że korytarze się rozwidlają. – Pochód zamykają Vinc i Dora.
A potem po prostu wsunęła się w ciemność, na krok przed Morpheusem, z różdżką rozświetloną zaklęciem w ręku.
Światło przygasło nieco, ledwo Brenna przestąpiła wejście.
Pojedynczy kamyk prysnął spod grubej podeszwy trapera i potoczył się do przodu, a ten dźwięk zdawał się dziwnie głośny w panującej przed nimi ciszy.
*
Droga wiodła w dół.
Wbrew obawom Erika, nie była aż tak wąska – samo wejście było bardzo niewielkie i ciasne, ale dalej tunel się poszerzał. Mężczyzna nie tylko nie dotykał głową sufitu, ale obok siebie bez większego problemu mogły iść dwie osoby. Wbrew obawom Brenny z kolei nie było wielu korytarzy i nie wydawało się, że mogliby zabłądzić – przynajmniej na razie. Pięć minut marszu nie przyniosło też żadnych przykrych niespodzianek. Nie było pułapek. Nie było śladów po nich. I tylko…
– Ten korytarz nie wygląda, jakby powstał naturalnie – mruknęła Brenna, unosząc różdżkę, by zbliżyć ją ku ścianie. – Jest zbyt równy. A ciemność staje się coraz bardziej gęsta. Sądziłam, że mi się wydaje, ale chyba jednak nie. I to dziwne, że na nic się nie natknęliśmy? Że nijak nie jest chroniony? Zupełnie, jakby coś chciało, żebyśmy poszli dalej, skoro tu już dotarliśmy…
On czeka w mroku, by się pożywić, by się uwolnić, pomyślał nagle Morpheus – i nie był pewny, czy to jego własna myśl.
Czy to przebłysk jasnowidzenia, coś, co zostanie wypowiedziane w kolejnych godzinach?
Głosy, takie jak te, które słyszał Charon?
Vincent nadepnął na coś – okazało się, że to moneta, bez wątpienia stara, ani galeon, ani żadna używana teraz obecnie na wyspach brytyjskich. Była nie tylko wiekowa, ale musiała też leżeć tutaj od bardzo, bardzo dawna. Nie byli pierwszymi ludźmi, którzy szli tym tunelem.
Na jego oko było nawet bardzo możliwe, że Salt i jego towarzysze, którzy weszli tu dziesięć lat temu też nie byli pierwsi.
Heather zdało się z nagła, że ktoś ją obserwuje: że jeżeli by się odwróciła, zobaczyłaby, że ktoś stoi tuż za nią. Gdy to zrobiła, widziała tylko idących kawałek dalej członków grupy, złudne wrażenie jednak nie minęło, teraz miała wrażenie, że ktoś jest z boku…
Erik wypatrzył tymczasem coś na ziemi.
To była paczka papierosów.
Paczka papierów, którą ktoś z kolei upuścił bardzo, bardzo niedawno.
Dora nie dostrzegła niczego ciekawego, poza tym, że wciąż nie było tu żadnej roślinności, jakby nic nie było w stanie wzrosnąć w tej ciemności: jakby tutejszy mrok pochłaniał całe życie.
Odpisy do 20, 19.02 -> dodaję 1 dzień dodatkowo wyjątkowo, żeby się wam nie zbiegły deadliny z eventem
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.