Jeśli tylko czegoś pragniesz... Żyjemy w świecie magii. W świecie, w którym słowo "granica" było tylko tym, co sam narysowałeś patykiem na ziemi czy kredą na bruku. Tu nie ma granic. Żyjesz według prawideł świata, bo nie jesteś w stanie osiągnąć wszystkiego, ale trzymając się zdrowego rozsądku jesteś w stanie osiągnąć wszystko. Brzmi bajecznie? Bo takie było. Bajeczne. Bajka. Nie, nie jesteś w stanie osiągnąć wszystkiego tylko pragnąc. Musisz działać. Nawet kiedy działasz to może się okazać, że niektóre rzeczy będą poza twoim zasięgiem. Powodów może być milion, ale wymienię ci parę z nich. Pieniądze, choroby, rodzina, czystość krwi, albo jej brud, charłactwo. To rzeczy najbardziej oczywiste, które będą ci przeszkadzać, a niektóre rzeczy całkowicie uniemożliwią. Nie zamienisz się nagle w dystyngowanego szlachcica czystej krwi, jeśli urodziłeś się charłakiem. Możesz co najwyżej udawać, kłamać, stać się szarlatanem twoich czasów, ale to stworzy piękne kłamstwo, które nadal będzie tylko bajką. Tak i nie każda podróż była dla każdego możliwa. Jednak jeśli kochasz... ludzie potrafili burzyć mury, żeby uratować swoją rodzinę. Rodzina ta nie zawsze oznaczała więzy krwi. Laurent nie mógłby powiedzieć, że łączyła go z Victorią krew, a jednocześnie był gotów nazwać ją swoją rodziną. Nie musieli mieć wspólnych krewnych. Pewnie gdzieś tam w drzewie znaleźliby pomieszanie nazwisk Prewett i Lestrange, nawet na pewno. Bliżej czy dalej wychodziło, że każda rodzina Anglii była ze sobą spokrewniona, kiedy mówiliśmy o błękicie tego, co płynęło w żyłach, ale to nieistotne. Jeśli myśleć o tym w ten sposób, to niektóre rzeczy stawały się wręcz obrzydliwe, a powodem było to, o czym rozmawiali już z Guinevere. I tu znów - nawet jeśli pragniesz idealnego rodowodu, to nie odnajdziesz go mieszając w tym samym kotle wiele razy. Najgłupsi nie byli ci, co pierwsi popełnili ten błąd. Najgłupsi byli ci, co znając historię ciągle go powtarzali. Laurent starał się nie być takim głupcem, chociaż wiedział, jak łatwo wracać do złych przyzwyczajeń i jak łatwo... puścić. Stojąc na klifie puścić się barierki, która jako jedyna utrzymywała twoje ciało na górze. Rodzina zaś dokonywała takich cudów, że łapali cię w locie i wciągali z powrotem na miejsce. Matki z przetrąconym kręgosłupem potrafiły jeszcze wyciągnąć dziecko z płomieni, zanim oddały ostatni oddech. Miłość potrafiła ochronić przed najpotężniejszym czarnoksięskim zaklęciem, jeśli tylko była prawdziwa i szczera. Ciężko było nie latać z głową w chmurach, marząc i dumając o czymś tak pięknym, czego chyba każdy chciałby doświadczyć, a tak niewielu było to dane. Przynajmniej Laurent sądził, że każdy by chciał. Doznać takiego głębokiego połączenia, jakby prawda objawiona została przekazana w twoje drobne dłonie. Tak, to było oświecające, musiało być. Zupełne porwanie duszy i umysłu, kołatanie serca nie dlatego, że coś boli.
Delikatnie przesunął ręką po jej łydce, kiedy się pochyliła, niby to żeby zapewnić jej stabilność, czy też sobie, ale przecież to były tylko preteksty. Mógł się oprzeć o drabinę, albo o gałąź, kiedy się zbliżył i wyciągnął dłoń do czereśni, żeby ją odebrać, ale wzroku wcale nie miał skupionego na owocu, tak jak myśli, tak jak ciała. Skupiony był na niej. Łatwo było zapomnieć, jak rozkoszne potrafiło być egipskie słońce, kiedy swoje życie czekało się pod chmurnym, angielskim niebem na pojawienie się choć paru promieni, ale Ginny to słońce niosła ze sobą. Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć, jak mógł gdzieś to pominąć w tym pędzie codziennych dni? Wiedział, jak. To właśnie przez to - przez ten pęd. Przez rytm narzucony z zewnątrz, na który wpływ miał minimalny. Gdzie szukało się bezpieczeństwa, siebie samego i jednocześnie bliskich. O wszystko trzeba było walczyć, wszystko trzeba było wyszarpać. Niektóre rzeczy można było traktować delikatnymi rękoma. Dokładnie tak, jak skarb, jakim była Ginny.
- Pyszne. - Rozpływały się wręcz w ustach swoją soczystością i słodyczą. Puścił ją, żeby umożliwić jej zejście i na moment odebrał od niej ten koszyk - żeby było jej wygodnie. W końcu sam zamierzał przenieść drabinę, chociaż już w tym momencie sprawdził, czy się czasem nie ubrudził. To był wręcz już odruch, kompletnie niekontrolowany. Nie ważne, czy jesteś w polu i kopiesz kartofle, czy właśnie całujesz dłoń Królowej Anglii - zawsze musisz prezentować się tak samo dobrze. Mniej więcej taką naukę wbił mu Edward Prewett do głowy. Mniej-więcej, bo o kartoflach niczego nie było. Nie miał przy tym najmniejszego pojęcia, jak kobieta go odbierała. Niedobrze? Nie przeszło mu nawet przez myśl, że mogłoby tak być. Każde jej spojrzenie i gest mówiły w końcu coś innego, o czymś innym zapewniały. Jednak nie podejrzewał też, że szukała pereł na dnie ciemnego morza. Gdyby wiedział to życzyłby jej, żeby perły, które znajdzie, były jeszcze piękniejsze od tej, która zdobiła jego ucho. Choć raczej nie potrzebowała niczego szukać. W końcu sama była istotą odlaną z masy perłowej.
- Słuchanie twoich opowieści to łączenie nauki z czystą rozkoszą. Zaskoczysz mnie, jeśli znajdziesz temat, na który nie chciałbym słuchać z twoich rozkosznych ust. - Tak, zaskoczyłaby go. Na pewno istniały takie tematy, których poruszać by nie chciał, nie przepadał za dramatycznymi opowieściami ze śmiercią w roli głównej czy okrutnych opisów, tak. Nie chciałby raczej słuchać o tym, ile dzieci musiało zginąć, żeby królowa mogła się kąpać w wannie pełnej krwi, żeby czuć się młodo. Tym nie mniej czułby się zaskoczony, że w ogóle taki temat został wybrany. To nie była prowokacja z jego strony, ale przecież na słowa powinno się uważać. On powinien uważać. Dzisiaj był jednak wyjątkowo nieostrożny.
Ciężko było powiedzieć, że ktoś taki jak Ginny uwierzy w przypadek. Laurent nie zastanawiał się nad tym, czy to wszystko było tylko jakimś kaprysem Losu, kośćmi rzuconymi na stół, czy wielką próbą. Dla własnego zdrowia psychicznego już lepiej, żeby to było to drugie. Żeby chociaż znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, jakikolwiek. Lekko pokiwał głową, słuchając uważnie numerologii. Na to również nie wpadł - żeby poszukać sensu i znaczenia tam, gdzie w zasadzie dla czarodzieja powinno być to bardzo naturalne. Może byłoby, gdyby był chętny bardziej o tym mówić, a kiedy powie to rozwinąć temat, zamiast wracać i się chować do tej muszelki. Guinevere chętnie się zaś wiedzą dzieliła.
- Bywały lepsze chwile. - Tak, to był gorszy okres, ale nawet w gorszych okresach były też chwile dobre, niektóre nawet wspaniałe. Każda moneta posiadała dwie strony. - Z przyjemnością. I dziękuję za ciepłe słowa. - Złapał drabinę i przeniósł na następne drzewo, które wskazała. - Oczywiście, będę wdzięczny. - Nie chciał nadużywać jej czasu i jej dobroci, ale jeśli miała taką okazję i mogła ją bez większych problemów wykorzystać to chętnie skorzystałby na tym samemu, żeby lepiej zrozumieć to, co się dzieje w jego życiu. Wszedł na drabinę i również ruchem różdżki zadziałał na koszyk, żeby uniósł się obok niego. Nie to, żeby miał doświadczenie w zrywaniu owoców, ale nie raz i nie dwa musiał łazić po drzewach New Forest za ptakami, czy innymi stworzeniami, które utknęły, albo coś im się działo. - Jak podróżowaliście do szkoły? - Zainteresowało go to, bo posłaniec posłańcem, a jak oni wędrowali w sumie w tę i z powrotem? Za pomocą tego kamienia..?