Wszystko było jasne, a przynajmniej na razie. Nie był to jednak najważniejszy temat tego dnia do omówienia, więc Stanley pokiwał tylko głową na zgodę. Taki układ jak najbardziej mu pasował. Zamiast dywagować i zastanawiać się, mogli przecież po prostu takie miejsce odwiedzić.
Stanley zamrugał kilkukrotnie szybciej z pewnym niedowierzaniem w oczach. Trochę jakby próbował się obudzić, może ocknąć z jakiejś dziwnej śpiączki. Grozić? Rodzinie Borgina? Ktoś tutaj miał chyba nie równo pod sufitem albo strasznie mu się śpieszyło na wieczną emeryturę. To była jedna z rzeczy, których się nie robiło. Zwłaszcza kiedy miało się świadomość do czego niektórzy byli zdolni. Na pewno powinien był już to wiedzieć Corvus. Musiał być przekonany o tym, że są ludzie, którzy tylko czekają na moment jego eliminacji - była co najmniej garstka takich osób. Oni byli dużo bliżej, niż pewnie mógł się spodziewać. Czyhali. Byli łaskawi... do czasu. Szala goryczy zawsze musi się przelać.
- Corvus? - zapytał, chcąc się upewnić czy to na pewno jest ta sama osoba. Czy to był Chester? - No tak być kurwa nie będzie. Co on sobie myśli? Że może o tak paradować i grozić ludziom? Licząc, że uniknie odpowiedzialności? - dodał, zaciskając lewą pięść. Borgin zaczął się trochę gotować wewnątrz siebie. Tysz kurwa... ja Ci życie uratowałem... przeklinał go w myślach. Tak nie zachowywał się ktoś, kto był wdzięczny.
Ile by dał, aby teraz stanąć naprzeciwko niego i jednym, szybkim zaklęciem sprowadzić go na ziemię. Do konwulsji. Do bólu. Do błagalnych próśb o zostawienie tego jego nędznego żywota w spokoju. Cruciatus, aż pchał się na usta, a że był ulubionym czarno magicznym czarem Stanleya, zostałby pewnie nie raz, ani nie dwa wykorzystany przy takim spotkaniu. Wszystko jednak wymagało zgody ojca. Nie chciał się wtrącać w porachunku na linii Robert-Chester ale Mulciber mógł na niego liczyć. Miał jego różdżkę po swojej stronie.
- On sam kopie pod sobą grób w tym momencie - przyznał, sięgając po papierosa. Uzależnienie połączone z gniewem, który w nim narastał był jak mieszanka wybuchowa. Musiał ją rozładować, żeby ktoś przypadkiem nie dostał rykoszetem - Zaskakujące jak człowiek potrafi zburzyć całą opinię o sobie w sekundę. Jeżeli wcześniej go jeszcze tolerowałem, przymykałem oczy na pewne sprawy... Tak teraz już nie. To koniec - stwierdził, uspokajając się momentalnie, kiedy tylko pierwsze dawki nikotyny dotarły do jego płuc. Wspaniały smak.
- Pytanie tylko... czy powinniśmy się z nim patyczkować? Nie możemy się go pozbyć w starym, dobrym stylu? - zapytał - Odwiedzić go. Wyjaśnić gdzie i kiedy popełnił błąd... Jeżeli wiesz o czym mówię - uśmiechnął się pod nosem na taką wizję - A może miałby wypadek przez przypadek? Kto wie? Takie rzeczy się przecież zdarzają - wzruszył ramionami, również widząc takie rozwiązanie. Nie raz, nie dwa, a nawet nie trzy razy ich ofiary miały "wypadki". Pech - a raczej Robert ze swoimi zwolennikami - mogliby chcieć, aby i on taki "miał". To, że ten "wypadek" nazywał się crucatius... to już inna sprawa.
- Pewna uwaga. Może sprostowanie. Rzecz, którą lepiej byłoby, abyś wiedział - stwierdził. Informacje mógł ukrywać przed innymi. Przed Lewą czy Prawą dłonią Czarnego Pana... ale nie przed własnym ojcem. Nie zamierzał tego robić. Zwłaszcza kiedy tyczyło to się osoby, która groziła jego bliskim, a Stanley nie miał zamiaru tracić drugiego rodzica - Corvus mści się na ludziach, którzy wykazują się lojalnością - zaciągnął się - Po Beltane kiedy mieliśmy się ewakuować świstoklikami, ja swój straciłem, a on uciekł. To, że po części przez niego to już inna historia... ale... Udało mi się jednak pokonać las, aż do polany gdzie oczekiwał na mnie Pardus. Tylko dzięki niemu uszedłem stamtąd w jednym kawałku - tłumaczył - Spotkałem się później z Corvusem i zażądałem wyjaśnień na to co się stało podczas Beltane. Podczas walki i późniejszej ewakuacji. Wspomniałem, wręcz poprosiłem o to, aby nie karał Pardusa, ponieważ zrobił to co powinien. Ten jednak nie posłuchał... bo czemu miałby się słuchać? - westchnął, czując, że ponownie zaczyna się gotować. Tamte sceny powróciły, a Borgin musiał przestawić myślenie, aby czegoś tutaj przypadkiem nie rozgromić w drobny mak - Nie pojmuję karania ludzi za to, że wykazali się lojalnością wobec innych... zwłaszcza kiedy ktoś inny nie był w stanie tego zrobić. Ja go uratowałem, a on mnie zostawił na pastwę Ministerstwa. Tego się nie robi nawet największemu wrogowi - zakończył swój wywód na ten moment. Mogło to brzmieć trochę jak wyrzyg tego co się w nim kotłowało od dłuższego czasu. Poczuł się jednak lepiej. Poczuł pewną ulgę. Jak tak teraz się zastanawiał to dobrze było mieć ojca. Zwłaszcza kiedy dzieliło się z nim wspólne hobby i być może wrogów.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972