15.02.2024, 09:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 09:11 przez Bard Beedle.)
– W takim razie sam chcesz coś tam znaleźć. Pozwól więc, że cię ostrzegę. Czterech ludzi znalazło tam śmierć, a piąty szaleństwo - powiedziała Colette, nie odrywając uważnego spojrzenia od Vincenta. Widać sądziła, że Prewett podąża za bogactwem albo szuka wyspy z ciekawości: nie wpadłaby przecież na żadne szlachetne intencje... – Żaden z piątki, która zeszła z pokładu, nie był gotów na to, co znaleźli. Cokolwiek tam zobaczył Tymoteus, cokolwiek się tam stało, ostatecznie złamało jego umysł i duszę. Sprostał swoim koszmarom na tej wyspie, ale dościgły go potem: może dlatego, że przeżył tylko on?
Mówiła spokojnie. Spokojna była też jej twarz i oczy, koloru morskiej wody. Może przebolała już to, co działo się wiele lat temu. Może spotkały ją większe tragedie. A może umiała maskować uczucia, tak jak pewnie umiała je udawać, skoro zdołała całe lata przetrwać. A Nokturnie bez śladu magii.
– Tymoteus wrócił z niej tylko ciałem. Śnił o niej. Myślał o niej. Pisał o niej. Było z nim gorzej i gorzej aż w końcu znikł. Może w ucieczce przed pieśnią, którą stamtąd przyniósł, może by sen o wyspie nie pochłonął i mnie.
Bo przecież życie z kimś, kto powoli, ale nie ubłaganie pogrążał się w szaleństwie, kto pojawiał się i znikał, nie mogło być łatwe. Uciekł od niej? Dla niej? A może po prostu pochłonął go obłęd? Za późno było, aby odgadnąć szczegóły tej historii: dało się powiedzieć tylko tyle, że nie miała szczęśliwego zakończenia.
– Powiedz mi, młody Prewettcie, dlaczego chcesz znaleźć tę wyspę? Wątpię, by tak bardzo ujął cię ten jego nieszczęsny wiersz, o wyspie, która pojawia się, gdy księżyc I słońce razem zaświecą na niebie. Mimo całej mojej sympatii wobec Tymoteusa muszę przyznać, że to nie był nawet dobry wiersz.
Zdawało się, że coś kryje się na dnie jej oczu: może ciekawość, a może wahanie? Być może wiedziała coś więcej – i zastanawiała się, czy tą wiedzą kupić sobie spokój, skoro Salt i tak odszedł. Albo czy podać mu te informacje i posłać go, jak uważała, na pewną śmierć.
Mówiła spokojnie. Spokojna była też jej twarz i oczy, koloru morskiej wody. Może przebolała już to, co działo się wiele lat temu. Może spotkały ją większe tragedie. A może umiała maskować uczucia, tak jak pewnie umiała je udawać, skoro zdołała całe lata przetrwać. A Nokturnie bez śladu magii.
– Tymoteus wrócił z niej tylko ciałem. Śnił o niej. Myślał o niej. Pisał o niej. Było z nim gorzej i gorzej aż w końcu znikł. Może w ucieczce przed pieśnią, którą stamtąd przyniósł, może by sen o wyspie nie pochłonął i mnie.
Bo przecież życie z kimś, kto powoli, ale nie ubłaganie pogrążał się w szaleństwie, kto pojawiał się i znikał, nie mogło być łatwe. Uciekł od niej? Dla niej? A może po prostu pochłonął go obłęd? Za późno było, aby odgadnąć szczegóły tej historii: dało się powiedzieć tylko tyle, że nie miała szczęśliwego zakończenia.
– Powiedz mi, młody Prewettcie, dlaczego chcesz znaleźć tę wyspę? Wątpię, by tak bardzo ujął cię ten jego nieszczęsny wiersz, o wyspie, która pojawia się, gdy księżyc I słońce razem zaświecą na niebie. Mimo całej mojej sympatii wobec Tymoteusa muszę przyznać, że to nie był nawet dobry wiersz.
Zdawało się, że coś kryje się na dnie jej oczu: może ciekawość, a może wahanie? Być może wiedziała coś więcej – i zastanawiała się, czy tą wiedzą kupić sobie spokój, skoro Salt i tak odszedł. Albo czy podać mu te informacje i posłać go, jak uważała, na pewną śmierć.