15.02.2024, 10:13 ✶
Przyjął fiolkę z pewną obawą. Ostatnio przyjmował wspomnienia przeszło dekadę temu, od swojej matki, która uznała to za najlepszą metodę nauki animagi. Nie bez powodu jego pierwszą formą był ptak, skoro od tego też zaczynała w dziewczęcym wieku Berenika McGonagall. Nie chodziło wszak tylko o ruchy, ale o to by poczuć odpowiednie rzeczy, ukierunkować magię, pozwolić ciału na zagubienie w nieokreśloności i powrót w zdecydowanie mniejszej, kompletnie odmiennej formie. Pneumatyczne kości, przyczepione doń wytrzymałe mięśnie, odpowiednio ułożone wewnątrz trzewia, i pierze... Zdecydowanie przemiana w niedźwiedzia była prostsza, była w pewnym sensie nagrodą, bonusem za dobrze opanowaną sztukę bycia ptakiem, w dodatku takim, który skutecznie potrafił latać.
Nigdy nie przyjmował wspomnień od nikogo innego. Choć było to dość powszechne zjawisko w świecie czarodziejów, Samuel o tym nie wiedział. Z powodu własnych doświadczeń zdawało mu się, że takie podglądanie jest sprawą bardziej niż prywatną, na skraju intymności. Nagle zapodział się w niepewności, co właściwie ma o tym myśleć. Jego rozmówca zdawał się jednak zachowywać tak, jakby to nie była wielka i ważna sprawa, może więc... Może więc nie należało z tego robić wielkiej sprawy.
– Sprawdzę to i dam znać.– schował fiolkę, nie zamierzając tego robić teraz i przy nim.
W sumie powinien też coś powiedzieć na te słowa najprawdopodobniej uznania, przyjmowanie komplementów szło mu gorzej niż żałośnie, a że nie wiedział, co powiedzieć, przez dłuższy moment nie powiedział nic. Jego szczęka zacisnęła się, wzrokiem uciekł do majaczącej w oddali linii puszczy. Miał wrażenie, że słyszy jej płacz, że w dmącym wietrze zawodzą opustoszałe konary. Śmierć przyszła do Kniei, a on pozostawał bez silny.
Nie angażuj się
Wpajała mu matka. Szkoda, że nie powiedziała, co on ma zrobić, gdy nie będzie mógł już mieszkać w Kniei. Powinien pozostawić kozy i ruszyć w świat szukać innej. Powinien być ptakiem, a nie dębem z głęboko osadzonymi w ziemi korzeniami.
– Szkoda, że tak mało skutecznym. – odpowiedział cicho nie patrząc w strone Morpheusa, ale jego postawa i wzrok w dali zapodziany sugerowały, że zdecydowanie nie myśli teraz o jeziorze, a o własnym, cierpiącym domu. Nagle towarzystwo zaczęło mu doskwierać, nagle zapragnął znów być sam. Sięgnął do wąskiej kieszeni po różdżkę i wezwał do siebie pozostawione na pomoście ubrania. Zbliżał się wieczór, obiecał Lizzy, że pomoże uwinąć jej się z towarem.
Zupełnie tak jakby nie chciał już dalej rozmawiać. Omówili sprawę, w jakiej mieli się spotkać, Sam był bardzo niewprawny w nawiązywaniu relacji, twardo ciosany, niepomny sztuki salonowego small talku.
Nigdy nie przyjmował wspomnień od nikogo innego. Choć było to dość powszechne zjawisko w świecie czarodziejów, Samuel o tym nie wiedział. Z powodu własnych doświadczeń zdawało mu się, że takie podglądanie jest sprawą bardziej niż prywatną, na skraju intymności. Nagle zapodział się w niepewności, co właściwie ma o tym myśleć. Jego rozmówca zdawał się jednak zachowywać tak, jakby to nie była wielka i ważna sprawa, może więc... Może więc nie należało z tego robić wielkiej sprawy.
– Sprawdzę to i dam znać.– schował fiolkę, nie zamierzając tego robić teraz i przy nim.
W sumie powinien też coś powiedzieć na te słowa najprawdopodobniej uznania, przyjmowanie komplementów szło mu gorzej niż żałośnie, a że nie wiedział, co powiedzieć, przez dłuższy moment nie powiedział nic. Jego szczęka zacisnęła się, wzrokiem uciekł do majaczącej w oddali linii puszczy. Miał wrażenie, że słyszy jej płacz, że w dmącym wietrze zawodzą opustoszałe konary. Śmierć przyszła do Kniei, a on pozostawał bez silny.
Nie angażuj się
Wpajała mu matka. Szkoda, że nie powiedziała, co on ma zrobić, gdy nie będzie mógł już mieszkać w Kniei. Powinien pozostawić kozy i ruszyć w świat szukać innej. Powinien być ptakiem, a nie dębem z głęboko osadzonymi w ziemi korzeniami.
– Szkoda, że tak mało skutecznym. – odpowiedział cicho nie patrząc w strone Morpheusa, ale jego postawa i wzrok w dali zapodziany sugerowały, że zdecydowanie nie myśli teraz o jeziorze, a o własnym, cierpiącym domu. Nagle towarzystwo zaczęło mu doskwierać, nagle zapragnął znów być sam. Sięgnął do wąskiej kieszeni po różdżkę i wezwał do siebie pozostawione na pomoście ubrania. Zbliżał się wieczór, obiecał Lizzy, że pomoże uwinąć jej się z towarem.
Zupełnie tak jakby nie chciał już dalej rozmawiać. Omówili sprawę, w jakiej mieli się spotkać, Sam był bardzo niewprawny w nawiązywaniu relacji, twardo ciosany, niepomny sztuki salonowego small talku.