Nie do końca zgadzała się z opinią Bulstrode. Wedle Delacour taki dialog ze społeczeństwem nie powinien opierać się na strachu czy dominacji. Czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby przekonać ludzi do własnych racji w logiczny sposób? Czy nie potwierdziłoby to ich wyższości nad mugolami, gdyby zamiast parać się torturami i czarną magią, skupiliby się na argumentacji, nie daliby świadectwa o sile czarodziejskiego społeczeństwa?
- Mylisz pojęcia, Florence. To, że ktoś mówi otwarcie o swoich planach, o groźbach i morderstwach, nie czyni z niego miłego człowieka - obruszyła się, nadal nie chcąc dać za wygraną. - Czyni z niego osobę bezczelną i wyrachowaną. Wyświadcza nam co prawda przysługę, malując sobie na piersi tarczę, ale nic w tym miłego. Cholerna szopka, atencyjne buce…
Głupota, ot co! Elaine nie widziała sensu w całej tej nieśmiesznej zabawie. Pomijając już sam fakt targnięcia się na życie nikomu winnych osób. Delacour niekoniecznie zależało na większej ilości pracy, czy długich godzinach spędzonych na szpitalnych korytarzach. Lubiła wprawdzie tutejszy klimat, wyłączając oczywiście niekompetencję stażystów, których należało stale temperować i sprowadzać do pionu, tak ciągła presja motywowała do pracy. Działanie na wysokich obrotach nastrajało ją do zaangażowania, pozwalało poczuć, że żyje się w pełni, utwierdzić się w przekonaniu, że jest się odpowiednią osobą na tym stanowisku. Tyle że nikomu nie życzyła utraty kończyn, ani tym bardziej życia. Nie życzyła pacjentom leczenia w ciasnych, niewygodnych warunkach, nie życzyła im zdobywanej traumy ani zamordowanych bliskich. Także sobie nie życzyła zbędnej pracy oraz czasu spędzonego na łataniu dziur, zamiast na planowanych badaniach.
Westchnęła ciężko i pokręciła głową z rezygnacją. Zazwyczaj nie miała żadnych problemów, by wyłapywać sarkazm, coraz płynniej radząc sobie z władaniem tym orężem.
- Jestem zmęczona. Te nieplanowanie przedłużające się dyżury już mnie dobijają, kawa ledwie stawia mnie na nogi, a znajduję czas na chwilę przerwy, to proszę - wskazała brodą na gazetę - nikomu spokoju nie dadzą.
Skrzywiła się w zmęczeniu i rozczarowującej zgodzie. Naprawdę oczekiwała, że ktokolwiek będzie miał odpowiedzi na te pytania? Aurorzy nawet jeśli zorientowali się, że istnieje problem, woleli nabierać wody w usta, utrzymując że panują nad sytuacją.
- Mam co do tego złe przeczucia - - mruknęła znad swojej filiżanki, starając się ignorować uporczywe poczucie wlepionego w siebie wzroku okolicznych pacjentów i ich rodzin. - Obawiam się, że Ministerstwo zbagatelizuje problem. A przynajmniej zajmie się nim nie tak, jak należałoby byłoby się nim zająć - ściszyła nieco głos, dodając swoje kolejne wątpliwości. Samo Ministerstwo nie dało jej dotychczas żadnych powodów do skarg, zapewne dlatego, że nigdy też przesadnie nie wchodzili sobie w paradę. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by pomarudzić na coś jeszcze.