15.02.2024, 10:25 ✶
Hogwart był jak dom.
Może Brenna myślałaby inaczej, gdyby była bardziej samotną dziewczynką. Szkoła wyrywała jedenastolatków z domu, i dzieci nagle widywały swoje rodziny zaledwie w święta, ferie i wakacje. Oznaczała dzielenie pokoju z kilkorgiem innych dzieci i wrzucała w obce środowisko. Ale Brenna nigdy nie była sama: idąc do Hogwartu wiedziała, że czekają tam już Erik i Mavelle, i że pierwszy raz pojedzie tam także Victoria. Nie bała się więc Hogwartu i szybko wrosła w szkolną tkankę, zawierając przyjaźnie z niektórymi i drażniąc swoim istnieniem innych. Dziwne było dla niej niechodzenie do szkoły: bo to oznaczało odcięcie nie tylko od wiedzy, ale i od kontaktów, które budowały się właśnie w Hogwarcie.
- Och nie - powiedziała, unosząc dłonie do klatki piersiowej, przyciskając je w okolicach serca, jakby straszliwie przeraziła ją ta groźba. Bo przecież ani trochę nie wierzyła, że kobieta z lasu jest Babą Jagą: gdyby zjadła choć jedno dziecko z Doliny, na jej progu już dawno stanęliby jej ojciec i wuj Derwin, ten pierwszy z mocno zaciśniętymi ustami i marsem na czole, ten drugi z poważną miną, którą tak rzadko przybierał. Obaj z różdżkami w rękach i odznakami w kieszeniach, gotowi doprowadzić winowajczynię przed oblicze sprawiedliwości. Żaden z nich nie pozwoliłby, aby młodym z Doliny Godryka i ich własnym dzieciom groziło takie niebezpieczeństwo. - Nie zjadajcie mnie, spójrz, jaka jestem łykowata, na pewno nie będę smaczną pieczenią – stwierdziła, ale nie powstrzymała przy tym lekkiego uśmiechu, który wypełzł na moment na usta.
– Nie powiem – oświadczyła jednak zaraz, opuszczając ręce. Powinna, oczywiście. Animagia, zwłaszcza w tak młodym wieku, była niebezpieczna, a animagów rejestrowano nie bez powodów. Ale Brenna nie była jeszcze Brygadzistką, a nawet gdy miała już nią zostać, to wyżej ceniła to, co uważała za sprawiedliwe, niż to co było zgodne z prawem.
A przecież sama studiowała animagię, nikomu o tym nie mówiąc, nikogo nie prosząc o pomoc. Jeżeli jego uczyła matka, było to bezpieczniejsze niż to co robiła Brenna.
– Ale nie odmieniaj się tak przy ludziach. Inaczej twoja matka może zostać ukarana. A jakbyś przypadkiem trafił na jakąś mugolkę, to dopiero byłoby poruszenie w Dolinie.
Wyciągnęła ku niemu dłoń, szczupłą, pokrytą odciskami, trochę odrapaną. Nie uśmiechała się już, ale ten uśmiech wciąż czaił się w kącikach ust.
- Brenna.
Może Brenna myślałaby inaczej, gdyby była bardziej samotną dziewczynką. Szkoła wyrywała jedenastolatków z domu, i dzieci nagle widywały swoje rodziny zaledwie w święta, ferie i wakacje. Oznaczała dzielenie pokoju z kilkorgiem innych dzieci i wrzucała w obce środowisko. Ale Brenna nigdy nie była sama: idąc do Hogwartu wiedziała, że czekają tam już Erik i Mavelle, i że pierwszy raz pojedzie tam także Victoria. Nie bała się więc Hogwartu i szybko wrosła w szkolną tkankę, zawierając przyjaźnie z niektórymi i drażniąc swoim istnieniem innych. Dziwne było dla niej niechodzenie do szkoły: bo to oznaczało odcięcie nie tylko od wiedzy, ale i od kontaktów, które budowały się właśnie w Hogwarcie.
- Och nie - powiedziała, unosząc dłonie do klatki piersiowej, przyciskając je w okolicach serca, jakby straszliwie przeraziła ją ta groźba. Bo przecież ani trochę nie wierzyła, że kobieta z lasu jest Babą Jagą: gdyby zjadła choć jedno dziecko z Doliny, na jej progu już dawno stanęliby jej ojciec i wuj Derwin, ten pierwszy z mocno zaciśniętymi ustami i marsem na czole, ten drugi z poważną miną, którą tak rzadko przybierał. Obaj z różdżkami w rękach i odznakami w kieszeniach, gotowi doprowadzić winowajczynię przed oblicze sprawiedliwości. Żaden z nich nie pozwoliłby, aby młodym z Doliny Godryka i ich własnym dzieciom groziło takie niebezpieczeństwo. - Nie zjadajcie mnie, spójrz, jaka jestem łykowata, na pewno nie będę smaczną pieczenią – stwierdziła, ale nie powstrzymała przy tym lekkiego uśmiechu, który wypełzł na moment na usta.
– Nie powiem – oświadczyła jednak zaraz, opuszczając ręce. Powinna, oczywiście. Animagia, zwłaszcza w tak młodym wieku, była niebezpieczna, a animagów rejestrowano nie bez powodów. Ale Brenna nie była jeszcze Brygadzistką, a nawet gdy miała już nią zostać, to wyżej ceniła to, co uważała za sprawiedliwe, niż to co było zgodne z prawem.
A przecież sama studiowała animagię, nikomu o tym nie mówiąc, nikogo nie prosząc o pomoc. Jeżeli jego uczyła matka, było to bezpieczniejsze niż to co robiła Brenna.
– Ale nie odmieniaj się tak przy ludziach. Inaczej twoja matka może zostać ukarana. A jakbyś przypadkiem trafił na jakąś mugolkę, to dopiero byłoby poruszenie w Dolinie.
Wyciągnęła ku niemu dłoń, szczupłą, pokrytą odciskami, trochę odrapaną. Nie uśmiechała się już, ale ten uśmiech wciąż czaił się w kącikach ust.
- Brenna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.