15.02.2024, 15:32 ✶
Skinął głową na potwierdzenie, że i owszem tak ma na imię. A potem schylił się, by skraść źdźbło dziko rosnącego pod płotem żyta i bezczelnie wsadzić sobie w usta. Tutaj, na skraju miasteczka czuł się najlepiej. Ciepły wiatr pachniał mu lasem i latem, a i panna, która przed nim stała pachniała przyjemnie, bez nadwyżki nowomodnych wód z martwych kwiatów. Czasem szło się na prawdę udusić, gdy klientka bliżej rynku prosiła o naprawę szafki i zabijała ścianą krzyczących w męczarniach kwiatów.
– Tylko tyle i aż tyle, miałem rzucić też okiem na ciężarną, jak Miłka i Białka dotną wam trawę. Ostatnio... mają żołądki pełne roboty, coś gwiazdy pobłogosławiły zbiorom w tym roku. – zagaił na moment zapominajac o ofercie napitku, skupiony zbyt na swoich kozach, które wprowadził na teren obejścia. Z torby wyciągnął dwa kołki, które miały zagwarantować ludziom względne poczucie kontroli nad rogatymi diabłami. Nikt nie chciał, aby poszły w szkodę... Umieścił je przy bujniejszej trawie (nigdy nie widział, aby Lysandr miał aż tak wysokie chaszcze, ale dla Sama... dla niego to nawet lepiej. Zatopić się w zieleni i zapomnieć o całym świecie, tak był ciekawy czy i jego zagonek koło leśniczówki zdziczał i ukoił się nadmiarem wielomiesięcznej swobody, czy raczej zmalał zaduszony przez chwasty brakiem słońca? Runo dało, runo wzięło... taka była kolej rzeczy.
Westchnął ciężko i wrócił świdrującym błękitem swoich oczu do dziewczyny. Jego broda była już całkiem sporych rozmiarów, podobnie półdługie włosy zdawały się powoli żyć własnym życiem. Mógł mieć 20 lat, mógł mieć i 40, zarost bardzo utrudniał rozeznanie w tej materii.
Ściągnął brwi, jego mózg życzliwie mu dzwonił z przypomnieniem...
– A tak... wody. Chyba że macie nastawionego kompotu, to wolę kompot. Abbotowie nie wiedzą, co mają zrobić z jabłkami, tak im obrodziły...– przekazał informacje, wiedząc, że jego rozmówcy zwykle są spragnieni plotek i małej, śmiesznej rozmówki.
–
– Tylko tyle i aż tyle, miałem rzucić też okiem na ciężarną, jak Miłka i Białka dotną wam trawę. Ostatnio... mają żołądki pełne roboty, coś gwiazdy pobłogosławiły zbiorom w tym roku. – zagaił na moment zapominajac o ofercie napitku, skupiony zbyt na swoich kozach, które wprowadził na teren obejścia. Z torby wyciągnął dwa kołki, które miały zagwarantować ludziom względne poczucie kontroli nad rogatymi diabłami. Nikt nie chciał, aby poszły w szkodę... Umieścił je przy bujniejszej trawie (nigdy nie widział, aby Lysandr miał aż tak wysokie chaszcze, ale dla Sama... dla niego to nawet lepiej. Zatopić się w zieleni i zapomnieć o całym świecie, tak był ciekawy czy i jego zagonek koło leśniczówki zdziczał i ukoił się nadmiarem wielomiesięcznej swobody, czy raczej zmalał zaduszony przez chwasty brakiem słońca? Runo dało, runo wzięło... taka była kolej rzeczy.
Westchnął ciężko i wrócił świdrującym błękitem swoich oczu do dziewczyny. Jego broda była już całkiem sporych rozmiarów, podobnie półdługie włosy zdawały się powoli żyć własnym życiem. Mógł mieć 20 lat, mógł mieć i 40, zarost bardzo utrudniał rozeznanie w tej materii.
Ściągnął brwi, jego mózg życzliwie mu dzwonił z przypomnieniem...
– A tak... wody. Chyba że macie nastawionego kompotu, to wolę kompot. Abbotowie nie wiedzą, co mają zrobić z jabłkami, tak im obrodziły...– przekazał informacje, wiedząc, że jego rozmówcy zwykle są spragnieni plotek i małej, śmiesznej rozmówki.
–