— Na ciężarną, tak, zdecydowanie! — Pokiwałam głową. Niestety moje doświadczenie z porodem wiązało się tylko z kurczętami. Rodzice mnożyli inne zwierzęta gdy jeszcze byłam zbyt mała, by cokolwiek zapamiętać. Także zdecydowanie potrzebny był tu specjalista.
— Kompotu? Oh, niestety nie. Zbyt zajęci jesteśmy ostatnio, żeby sobie tak dogadzać.
Odpowiedziałam i wskoczyłam do chaty. Złapałam lewitującą tacę, wrzuciłam na nią dzbanek wody i dwie świeże szklanki, a następnie skoczyłam do swojej szafki nocnej. Różdżka była w szufladzie. Nigdy nie kładłam jej na wierzchu, zbyt łatwo jakieś zwierzę mogło ją capnąć i byłby problem.
Wchodząc i wychodząc minęłam duże lustro w sieni, lecz nie zwróciłam uwagi na swoje odbicie, a szczególnie umorusaną ziemią twarz. Podeszłam do Samuela z tacą lewitującą obok i nalałam wody do szklanek.
— Będę musiała się do nich odezwać w takim razie... Zdecydowanie znalazłabym pożytek dla ich nadmiaru jabłek... — nawiązałam do jego poprzedniej wypowiedzi. W głowie wirowały mi już musy, kompoty i ciasta, które bym z tego zrobiła. Ale musiałabym przez kilka dni nie pracować, żeby powrzucać wszystkie jabłka do słoików.
Samuel miał dobrze wytrenowany repertuar społeczny. Śmieszna rozmówka była wymagana w kontaktach towarzyskich, szczególnie gdy rozmówcy nie znali się jeszcze dobrze. Niestety nie należałam do osób, które potrafiły to docenić. Do wątku jabłek wróciłam tylko dlatego, że szczerze chciałam skorzystać z tej informacji.
Pogłaskałam jedną z kózek Samuela zdziwiona ogromem trawy, jaki tu wyrósł. Nawet nie zauważyłam, kiedy to się stało.
Gdy czarodziej skończył mocować żywe kosiarki, zabrałam go do stodoły. Lysander nie był potężnym farmerem, tak więc jego zasoby były skromne, na prywatny użytek, a większość zwierząt mieszkało pod jednym dachem.
Na powitanie uderzyła do nas agresywna gęś.
— Krzysztofik, spokojnie! Uspokój się! — Zaczęłam dreptać za ptakiem, który zaczął sadzić się na Samuela i unosić swoje potężne skrzydła jak dorodny dres. Gęś uniosła się gęganiem, zdecydowanie chcąc wykurzyć obcego ze swojego terenu. — Uspokój się, na zakręcony ogonek tatusia świnki, czemu ty zawsze musisz sprawiać takie kłopoty!
Starałam się objąć ptaka, by zatrzymać go w miejscu, co było ciężkie, gdyż chciałam to zrobić delikatnie. Kilka razy upadłam przy tym pupą w siano rozrzucone po stodole, a także, oczywiście - ziemię.