15.02.2024, 16:34 ✶
Chciała pomóc Samowi. I próbowała - ale lawirowała pomiędzy chęcią udzielenia tej pomocy, własnymi przekonaniami, co do tego, co będzie dla niego dobre, i jednocześnie świadomością, że powinna uszanować jego wolę. Miotała się w tym trochę, a i sama przed sobą, z pewnym wstydem, przyznawała, że może trochę odpuściła – bo chociaż zawsze próbowała znaleźć czas i dla niego, i dla innych przyjaciół, to poświęcała im go w ostatnich miesiącach nieco mniej niż wcześniej. Już przed Beltane była zajęta, a ten atak wyznaczył nowy etap wojny, jej eskalację, i nagle obowiązki pomnożyły się, zarówno w Ministerstwie, jak i w Zakonie Feniksa.
Chciała mu pomóc, bo tak naprawdę była wilkiem, ale wilki troszczą się o stado, a ona bardzo łatwo uznawała innych za część swojej sfory: Samuel McGongall dołączył do niej już dawno temu, nawet jeżeli zawsze pozostawał na uboczu.
Chciała mu pomóc, bo bała się, że kilka nitek wymknie się jej z rąk, gdy będzie patrzyła w inną stronę.
Czekała cierpliwie za drzwiami, kiedy McGongall się przebierał, a potem zajrzała do środka. I bardzo postarała się nie uśmiechnąć na widok jego paniki: bo to przecież nie była jego wina, że matka nigdy nie kupiła mu pierwszej marynarki.
- Wszystko w porządku, Sam, nic nie zepsułeś - zapewniła więc tylko i podeszła bliżej, żeby poprawić koszulę. A potem machnęła różdżką w stronę szafy, transmutując jej drzwi w lustrzaną powierzchnię, tak, żeby mógł zobaczyć, jaki jest efekt. – Uważam, że wyglądasz w tym bardzo dobrze, ale jeżeli masz tylko ochotę, możesz spróbować z kolorową – powiedziała, spoglądając na ich odbicie.
Teraz to ona wyglądała jak dziewczyna jeśli nie z Kniei, to przynajmniej z jakiegoś mugolskiego, zwykłego domu – a on niemal jak panicz czystej krwi.
– Sam, chcesz porozmawiać o tym liście? Albo o czymkolwiek jeszcze? – spytała wprost, zwracając na niego spojrzenie ciemnych oczu, teraz poważne, a Brenna całkiem poważna była rzadko: głównie w pracy, przy paskudniejszych sprawach czy gdy ktoś zdawał się mieć jakiś problem.
Samuel miał teraz tych problemów całe mnóstwo, ale lepiej było próbować rozwiązać je po kolei: zaczynając od wyboru tej koszuli.
Chciała mu pomóc, bo tak naprawdę była wilkiem, ale wilki troszczą się o stado, a ona bardzo łatwo uznawała innych za część swojej sfory: Samuel McGongall dołączył do niej już dawno temu, nawet jeżeli zawsze pozostawał na uboczu.
Chciała mu pomóc, bo bała się, że kilka nitek wymknie się jej z rąk, gdy będzie patrzyła w inną stronę.
Czekała cierpliwie za drzwiami, kiedy McGongall się przebierał, a potem zajrzała do środka. I bardzo postarała się nie uśmiechnąć na widok jego paniki: bo to przecież nie była jego wina, że matka nigdy nie kupiła mu pierwszej marynarki.
- Wszystko w porządku, Sam, nic nie zepsułeś - zapewniła więc tylko i podeszła bliżej, żeby poprawić koszulę. A potem machnęła różdżką w stronę szafy, transmutując jej drzwi w lustrzaną powierzchnię, tak, żeby mógł zobaczyć, jaki jest efekt. – Uważam, że wyglądasz w tym bardzo dobrze, ale jeżeli masz tylko ochotę, możesz spróbować z kolorową – powiedziała, spoglądając na ich odbicie.
Teraz to ona wyglądała jak dziewczyna jeśli nie z Kniei, to przynajmniej z jakiegoś mugolskiego, zwykłego domu – a on niemal jak panicz czystej krwi.
– Sam, chcesz porozmawiać o tym liście? Albo o czymkolwiek jeszcze? – spytała wprost, zwracając na niego spojrzenie ciemnych oczu, teraz poważne, a Brenna całkiem poważna była rzadko: głównie w pracy, przy paskudniejszych sprawach czy gdy ktoś zdawał się mieć jakiś problem.
Samuel miał teraz tych problemów całe mnóstwo, ale lepiej było próbować rozwiązać je po kolei: zaczynając od wyboru tej koszuli.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.