15.02.2024, 21:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2024, 10:52 przez Samuel McGonagall.)
– Mogę spróbować coś ogarnąć od nich. Sam nie mam ręki do przetworów, ani też za bardzo... hmm... przestrzeni – o się gryzł w język żeby nie powiedzieć "lokalu" albo nie daj bogowie "domu". Był święcie przekonany, że ludzie dziwnie by reagowali na wieść, że mieszka w oborze za barem "U Lizzy". Nie chciało mu się tłumaczyć, dlaczego nie potrzebował niczego więcej. A jednak czasem dobry dżem by się zjadło z kawałkiem pieczystego. – A powiedz mi... smażysz Ty powidła na smalcu? – pytanie wbrew pozorom zasadne, skoro układ trawienny Samuela przyjmował li tylko potrawy z mięsnym składnikiem, wszelkie łakocie z dużą ilością wieprzowego tłuszczu były dobrym sposobem na oszukanie tegoż układu pokarmowego.
– Hhhszyszzzzztof...ik? – zachłysnął się od progu stodoły i spróbował (bezskutecznie) powtórzyć, a jego brwi szybowały przy tym niemalże na linii włosów. Oczywiście umiałby sobie sam poradzić z gąsiorem, na upartego nawet mógł zmienić się w niedźwiedzia i pokazać mu, że nie sensu zadzierać ze zdecydowanie większym i silniejszym, a jednak od czasu incydentu z czarodziejem spoza Doliny, nie chciał ryzykować przestrachu Uli. Poza tym było coś uroczego w tym, jak dziewczyna stawała w jego obronie, skłamałby, gdyby powiedział, że patrzenie na nią nie sprawiało mu przyjemności.
Zamiast więc iść w głąb skleconej z kilku desek stodółki, pachnącej ubogim, ale zadbanym zwierzyńcem Lysandra, oparł się o framugę wrót i ze skrzyżowanymi przed sobą dłońmi i roziskrzonym uśmiechem, przypatrywał się dziewczynie.
– Zawsze tak rojbruje? – zapytał i już miał zasugerować, czy by mu nie dać jednak w łeb, bo wyglądał na całkiem nieźle utuczonego, ale jednak może Hhhszyszzzzztof...ik był dla Uli ważnym członkiem rodziny, kto wie. Jakby mu ktoś powiedział, że Białka już za stara na młode powinna dostać w łeb, to sam by w ten łeb oberwał. Także Sam wbrew swojemu nieokrzesaniu, wykazał empatię.
– A w ogóle gdzie ten łachudra polazł? – zapytał o Ariela, z którym zawsze lubił przebywać, a skoro on lubił Ulę, to zakładał, że i z nią miło się ten czas spędzi.
– Hhhszyszzzzztof...ik? – zachłysnął się od progu stodoły i spróbował (bezskutecznie) powtórzyć, a jego brwi szybowały przy tym niemalże na linii włosów. Oczywiście umiałby sobie sam poradzić z gąsiorem, na upartego nawet mógł zmienić się w niedźwiedzia i pokazać mu, że nie sensu zadzierać ze zdecydowanie większym i silniejszym, a jednak od czasu incydentu z czarodziejem spoza Doliny, nie chciał ryzykować przestrachu Uli. Poza tym było coś uroczego w tym, jak dziewczyna stawała w jego obronie, skłamałby, gdyby powiedział, że patrzenie na nią nie sprawiało mu przyjemności.
Zamiast więc iść w głąb skleconej z kilku desek stodółki, pachnącej ubogim, ale zadbanym zwierzyńcem Lysandra, oparł się o framugę wrót i ze skrzyżowanymi przed sobą dłońmi i roziskrzonym uśmiechem, przypatrywał się dziewczynie.
– Zawsze tak rojbruje? – zapytał i już miał zasugerować, czy by mu nie dać jednak w łeb, bo wyglądał na całkiem nieźle utuczonego, ale jednak może Hhhszyszzzzztof...ik był dla Uli ważnym członkiem rodziny, kto wie. Jakby mu ktoś powiedział, że Białka już za stara na młode powinna dostać w łeb, to sam by w ten łeb oberwał. Także Sam wbrew swojemu nieokrzesaniu, wykazał empatię.
– A w ogóle gdzie ten łachudra polazł? – zapytał o Ariela, z którym zawsze lubił przebywać, a skoro on lubił Ulę, to zakładał, że i z nią miło się ten czas spędzi.