Vincent nienawidził tych balów, tych przyjęć ociekających sztucznym, przyjaznym uśmiechem, ale jego brat to kochał. Uwielbiał być w blasku reflektorów, uwielbiał obserwować tych liżących sobie nawzajem tyłki czystokrwistych osób. Sam Prewett nie przepadał za takimi imprezami. Wiedział, że prędzej czy później Edward dogada się z jakąś rodzinką, aby go poznać z ich córką. Chciał go jak najszybciej wrzucić w wir małżeństwa, a że był już wystarczająco młody i dorosły jednocześnie to idealny moment na wzięcie ślubu, prawda? Obserwował każdego spod ściany szukając wzrokiem kogoś z kim mógłby porozmawiać, a kto nie chciałby, aby wcisnął tej osobie pierścionek zaręczynowy. Te imprezy miały zawsze ten sam ukryty cel, więc po prostu nauczył się już chować przed swoim bratem. Dostrzegł jak rozmawiał z jedną parą, gdzie obok stała niewiele młodsza dziewczyna rozglądająca się nerwowo po sali. Czerwony alarm wpadł do jego głowy natychmiast. Musiał się już ulotnić, to ten moment, w którym będzie musiał rozmawiać z jakaś dziewczynką o przyszłości i planach, poznawać się.
– Nie tym razem braciszku – uśmiechnął się pod nosem i zawinął się natychmiast z sali, rozwiązał też krawata, który go uwierał i odpiął kilka guzików od koszuli. Szedł szybko korytarzem próbując uciec przed dryblasami brata, które miały za zadanie go pilnować. Gdy zatarasowali mu drogę wyłgał się, że chce mu się do toalety na kod brązowy. Ich mina była bezcenna, a on został wolny.
Z uśmiechem triumfu przeszedł korytarzem i dostrzegł jak Brennę Longbottom umykającą przez okno. Rozejrzał się i popędził za nią. Czemu sam na to nie wpadł? Przeszło mu przez głowę i już opadł ciężko na nogi w ogrodzie. Rozejrzał się dookoła, a gdy dostrzegł dziewczynę ruszył za nią. Ogród był imponująco piękny, ogrom krzewów z kwiatami, idealnie przystrzyżonymi drzewkami, sporo roślinności i to porządnie zadbanej jak na taką osobę jaką był Edward Prewett. Miejsce dopełniały piękne rzeźby, które były poustawiane w strategicznych miejscach. Na środku, w sercu samego ogrodu postawiona była fontanna również z pięknymi rzeźbami. Edward uwielbiał sztukę, kochał przesyt i dobrobyt, a piękno otaczało go z każdej strony.
Gdy w końcu dotarł do Longbottom złapał ją za ramię patrząc na nią z góry. Pokręcił rozbawiony głową i potargał jej włosy.
– Ładnie to tak wymykać się z imprezy? – zapytał unosząc brew ku górze – Manier to was nie uczą, co? – założył ręce na klatce piersiowej nadal uśmiechając się pobłażliwie z cynicznym rozbawieniem.