15.02.2024, 22:50 ✶
Jeśli Samuel był wirtuozem drewna, to Erik był nędznym beztalenciem o precyzji rzeźnika z tremą. Drewno w jego rękach było luźne i niestabilne; wynik tego, że właściwie nie wiedział, co powinien z nim robić, jak ustawić, aby ułatwić sobie pracę. Wiedział, że robił coś nie tak, ale trudno było mu powiedzieć, co dokładnie. Chociaż przyglądał się co rusz swemu narzędziu, tak zupełnie go nie rozumiał. Miało swoją strukturę, prosty mechanizm skryty pod podstawą, jednak nie potrafił objąć go myślą.
Chwycił niepewnie strug i zaczął ''heblować'' drewno, o ile jego działanie można było w ogóle tak nazwać. Ruchy Longbottoma były wolne i nieprecyzyjnie, przez co rusz zrywał z powierzchni drewna grube kawałki wiórów, naruszając odkrytą warstwę drewna. W pewnym momencie ostrze niemalże zacięło się przy zbyt leniwym ruchu. Erikowi, owszem, nie brak było siły, jednak jak na dłoni było widać, że to był jego pierwszy poważny kontakt z pracą tego typu. Pokraśniał momentalnie, gdy z boku rozbrzmiał śmiech Samuela. Zacisnął mocniej palce na narzędziu.
— Wiesz, ty się śmiejesz, a drewno płacze — rzucił przez ramię z cichym stęknięciem. Kogo on chciał oszukiwać? Nawet gdyby podejrzał techniki Sama, to nie miał umiejętności, aby je odwzorowywać. Mógł co najwyżej sięgnąć po sprawdzoną metodę ''prób i błędów''. Nie trzeba było jednak geniusza, aby stwierdzić, że więcej byłoby tych drugich. — A ja pewnie zacznę razem z nim. Rozpacz będzie się dosłownie wylewać spod mych rąk.
Zastygł w bezruchu, gdy McGonagall znalazł się tuż obok niego. Wypatrywał w jego twarzy... W sumie nie był pewny czego. Oskarżenia? Nagany? Dezaprobaty? Potwierdzenia, że już na tym etapie nie doskoczył do poziomu, jaki pan majster uznałby za minimalny? Nic dziwnego, że mugole się tak od nas odcięli, pomyślał niespodziewanie. To niemagiczni do wszystkiego korzystali z urządzeń, narzędzi, nowinek technicznych, podczas gdy czarodzieje kurczowo trzymali się idei, że to magia jest największą z przewag. Czy ich chęć dogodzenia sobie za bardzo ich rozpuściła? Obecnie czuł się jak dziecko we mgle.
— Jesteś leworęczny — bardziej stwierdził, niźli spytał, pozwalając, aby Sam pokierował jego dłonią. Faktycznie, początkowo nie zwrócił na to uwagi. Po prostu nie rzuciło mu się to w oczy. — Mhmm.
Próbował skupić się na słowach Sama, które miały go pokierować, lecz każde kolejne zdanie tylko pogłębiało jego lęk. Czuł, jak panika powoli paraliżuje jego myśli i ciało. To nie był koniec świata, jednak jak każdy Longbottom, tak i on miał swoje ambicje. Chciał pokazać, że kryje się w nim coś więcej niż dobre chęci, nawet jeśli w dużym uproszczeniu chodziło o struganie w kawałku drewna.
— No to... Spróbujmy. — Zagryzł dolną wargą, czując ciężar spracowanych rąk mężczyzny na swoich własnych. — Może nie będzie bolało.
Uśmiechnął się filuternie pod nosem, pozwalając, aby Sam pokierował jego ruchami. Kierował, ale nie dowodził. Nie robił wszystkiego za niego, zamiast tego po prostu wykonywał pierwszy ruch; dawał impuls, na który Erik musiał odpowiedzieć. Kilka ruchów później, pośród gęstej trawy wylądowały kolejne trociny. Były to cienkie i delikatne płatki, które świadczyły o umiejętnościach i doświadczeniu Samuela. Erik zaś czuł, jak ostrze strogu sunie po drewnie, wygładzając jego powierzchnię. Drewno poddawało się i współpracowało z nimi obydwoma. Gdy dokończyli pierwszą warstwę, detektyw zmierzył swego towarzysza wzrokiem pełnym podziwu.
— Nieźle. Naprawdę nieźle. To znaczy... Nie umiałbym tak, gdyby nie twoja pomoc. To chyba akurat oczywiste. — Uniósł nieco wzrok, próbując złapać kontakt wzrokowy z Samem. — Długo się tego uczyłeś.
Takie zdolności nie pochodziły znikąd. Można było mieć wrodzone predyspozycje ku pewnym umiejętnościom, jednak mistrzostwo można było osiągnąć tylko przez ogrom włożonej pracy. Znał to z zajęć szermierki w Warowni. McGonagall nie musiał się uważać za eksperta, ale Erik nie miał na dobrą sprawę innego porównania. Dla niego i tak był na poziomie, do którego nie potrafiłby doskoczyć.
— Tylko nie krzycz zbyt głośno, jak znowu coś spartolę, dobrze? Miej litość! — odezwał się z żartem na ustach, po czym oparł nieco pewniej dłoń na drążku. — Teraz, spróbuję sam.
Chwycił niepewnie strug i zaczął ''heblować'' drewno, o ile jego działanie można było w ogóle tak nazwać. Ruchy Longbottoma były wolne i nieprecyzyjnie, przez co rusz zrywał z powierzchni drewna grube kawałki wiórów, naruszając odkrytą warstwę drewna. W pewnym momencie ostrze niemalże zacięło się przy zbyt leniwym ruchu. Erikowi, owszem, nie brak było siły, jednak jak na dłoni było widać, że to był jego pierwszy poważny kontakt z pracą tego typu. Pokraśniał momentalnie, gdy z boku rozbrzmiał śmiech Samuela. Zacisnął mocniej palce na narzędziu.
— Wiesz, ty się śmiejesz, a drewno płacze — rzucił przez ramię z cichym stęknięciem. Kogo on chciał oszukiwać? Nawet gdyby podejrzał techniki Sama, to nie miał umiejętności, aby je odwzorowywać. Mógł co najwyżej sięgnąć po sprawdzoną metodę ''prób i błędów''. Nie trzeba było jednak geniusza, aby stwierdzić, że więcej byłoby tych drugich. — A ja pewnie zacznę razem z nim. Rozpacz będzie się dosłownie wylewać spod mych rąk.
Zastygł w bezruchu, gdy McGonagall znalazł się tuż obok niego. Wypatrywał w jego twarzy... W sumie nie był pewny czego. Oskarżenia? Nagany? Dezaprobaty? Potwierdzenia, że już na tym etapie nie doskoczył do poziomu, jaki pan majster uznałby za minimalny? Nic dziwnego, że mugole się tak od nas odcięli, pomyślał niespodziewanie. To niemagiczni do wszystkiego korzystali z urządzeń, narzędzi, nowinek technicznych, podczas gdy czarodzieje kurczowo trzymali się idei, że to magia jest największą z przewag. Czy ich chęć dogodzenia sobie za bardzo ich rozpuściła? Obecnie czuł się jak dziecko we mgle.
— Jesteś leworęczny — bardziej stwierdził, niźli spytał, pozwalając, aby Sam pokierował jego dłonią. Faktycznie, początkowo nie zwrócił na to uwagi. Po prostu nie rzuciło mu się to w oczy. — Mhmm.
Próbował skupić się na słowach Sama, które miały go pokierować, lecz każde kolejne zdanie tylko pogłębiało jego lęk. Czuł, jak panika powoli paraliżuje jego myśli i ciało. To nie był koniec świata, jednak jak każdy Longbottom, tak i on miał swoje ambicje. Chciał pokazać, że kryje się w nim coś więcej niż dobre chęci, nawet jeśli w dużym uproszczeniu chodziło o struganie w kawałku drewna.
— No to... Spróbujmy. — Zagryzł dolną wargą, czując ciężar spracowanych rąk mężczyzny na swoich własnych. — Może nie będzie bolało.
Uśmiechnął się filuternie pod nosem, pozwalając, aby Sam pokierował jego ruchami. Kierował, ale nie dowodził. Nie robił wszystkiego za niego, zamiast tego po prostu wykonywał pierwszy ruch; dawał impuls, na który Erik musiał odpowiedzieć. Kilka ruchów później, pośród gęstej trawy wylądowały kolejne trociny. Były to cienkie i delikatne płatki, które świadczyły o umiejętnościach i doświadczeniu Samuela. Erik zaś czuł, jak ostrze strogu sunie po drewnie, wygładzając jego powierzchnię. Drewno poddawało się i współpracowało z nimi obydwoma. Gdy dokończyli pierwszą warstwę, detektyw zmierzył swego towarzysza wzrokiem pełnym podziwu.
— Nieźle. Naprawdę nieźle. To znaczy... Nie umiałbym tak, gdyby nie twoja pomoc. To chyba akurat oczywiste. — Uniósł nieco wzrok, próbując złapać kontakt wzrokowy z Samem. — Długo się tego uczyłeś.
Takie zdolności nie pochodziły znikąd. Można było mieć wrodzone predyspozycje ku pewnym umiejętnościom, jednak mistrzostwo można było osiągnąć tylko przez ogrom włożonej pracy. Znał to z zajęć szermierki w Warowni. McGonagall nie musiał się uważać za eksperta, ale Erik nie miał na dobrą sprawę innego porównania. Dla niego i tak był na poziomie, do którego nie potrafiłby doskoczyć.
— Tylko nie krzycz zbyt głośno, jak znowu coś spartolę, dobrze? Miej litość! — odezwał się z żartem na ustach, po czym oparł nieco pewniej dłoń na drążku. — Teraz, spróbuję sam.
(Rzemiosło) Erik robi podejście drugie po małym szkoleniu!
Im wyższy wynik, tym lepiej.
Im wyższy wynik, tym lepiej.
Rzut T 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞