O tym jak bardzo jest obciążony genetycznie ze wszystkich stron swojej rodziny, miał się dopiero przekonać. Ojca dopiero poznawał ale już miał zarys tego jaki on jest. Rodzinę swojej matki znał bardzo dobrze i wiedział, że nie wróży to nic dobrego. Trochę jak taka tykająca bomba, która miała gdzieś schowany zapalnik, wszak sam nie wiedział jak to się może potoczyć. Jak jego życie może potoczyć i wpłynąć na te wszystkie bliskie mu osoby.
Czy się obawiał? Tak, bo w sumie nie była to jedyna rzecz, która dawała mu takie powody. Tych przecież były dziesiątki, jak nie setki gdyby się tak na poważniej zastanowić. W zasadzie to łatwiej było wymienić to, co nie powodowało plątaniny myśli w jego głowie, chociaż takich rzeczy było mało. Wszystko się kołtuniło.
- No trochę tak... - zgodził się ze Stellą. Kiedy on to mówił nie brzmiało to, aż tak źle. Kiedy powiedziała to Avery, wybrzmiało to całkowicie inaczej. Trochę jakby zniknął pewien filtr na słowach czy ich intonacji. Zupełnie jakby Stanley patrzył na to przez różowe okulary, pomijając pewne fakty - Musimy się po prostu dograć do siebie... wiesz... spędzić trochę czasu i będzie w porz... rządku... - dodał niepewnym głosem, jakby w to nie wierzył, choć bardzo chciał to robić.
Czy Borgin chciał od życia wiele? Całe życie przecież marzył o tym, aby "mieć ojca". Coś co dla innych było porządkiem dziennym, rzeczą na którą nie zwracali uwagi, dla Stanleya było skrytym marzeniem. Zawsze chciał usłyszeć, że jego ojciec - kimkolwiek by ta osoba nie była - jest z niego dumny. Może było to trochę płytkie i bez większej głębi, ale chciał tyle tyle i zarazem aż tyle.
Gdyby tylko Stella była jedną z nich. Wspierała Czarnego Pana w jego działaniach o lepsze (lub według niektórych, gorsze) jutro, uznałaby, że jest to ciekawe podwójnie. Robert był nie tylko kimś wysoko postawionym w Ministerstwie ale również wśród szeregów popleczników Toma Riddle'a. Szkoda, że w obydwóch przypadkach była potrzebna forma przeszła, wszak aktualnie przebywał w nieładzie obydwóch instytucji. W sumie to nikt nie wiedział gdzie przebywał - czy nadal była to Francja?
- Jakby... trochę dziwnie? - posłał jej pytające spojrzenie - Bo do tej pory była to dla mnie rzecz obca, a teraz stała się rzeczywistością. Trochę niespodziewaną rzeczywistością - przyznał - Może czuję ulgę? Bo jednak okazał być się kimś... - po tym słowie zamilkł. Nie potrafił tego lepiej wytłumaczyć Stelli. Nadal ciężko przychodziło mu stwierdzić cokolwiek więcej, niż powierzchowna ocena. Avery na pewno widziała to bez problemu - znała go nie od dzisiaj. Trochę cedził słowa, trochę się nad nimi zastanawiał. Nie kłamał jednak. Nie tym razem.
Kolejne słowa tej urokliwej wiolonczelistki sprawiły, że i Stanley się szerzej uśmiechnął. Cieszył się mimo wszystko, że tak pozytywnie to odebrała, wszak spodziewał się trochę najgorszego.
- Raczej nie będę zmieniać nazwiska mimo wszystko. Jakiś wewnętrznie mi nie pasuje i czuje, że jestem to winny Anne, aby pozostać przy jej rodowym nazwisku. Za to wszystko. Za ten cały trud, który poniosła - stwierdził bez zawahania i pewnym głosem. Zupełnie jakby traktował to jako najwyższą wartość. Może hołd - Zresztą... Posłuchaj jakby to brzmiało... - zwrócił się do Stelli - Stanley Andrew Mulciber... Stanley Mulciber... Jakoś tak dziwnie... Borgin brzmi lepiej - przyznał z lekkim wzruszeniem ramion. To było jednak nazwisko jak każde inne ale według Stanleya, nie komponowało się zbyt dobrze z jego imieniem. Gdyby nazywał się Paul czy Arthur to fakt - Mulciber brzmiało by dobrze. Ale tak? Średnio to widział.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972