16.02.2024, 13:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 00:20 przez Samuel McGonagall.)
Jego myśli uleciały, a ciało stało się tylko pulsującym czuciem, zatopionym w raju jej istnienia.
Nie wiedział, co robią ręce, dotykajace, gładzące, drapiące plecy, łapiące za biodra, zsuwające się po udach. Nie wiedział, co robią usta całujące na oślep, gryzące, liżące, chłonące zapach i smak w tym samym czasie. Nie wiedział, co robi gardło, coraz mocniej, coraz głośniej dające upust trwającej rozkoszy chwili. Nie wiedział nic, prócz tego, jak właściwe to było, naturalne i pełne, pośród zieleni mchów i fioletu wrzosów.
Ty moja, a ja Twój... – chciał powiedzieć, gdy przyszła pełnia, lecz zdołał tylko odgarnąć jej głowę, by móc spojrzeć w piękne oczy swojej boginii, oślepnąć od jej słonecznego blasku i zrozumieć w końcu, że kolor jej oczu to ten sam, który ma kwiat paproci poszukiwany tej nocy. I zerwał ten kwiat, zapadając się w bezpamiętnie, otwierając na nią, oddając swoją duszę istocie, zwykłej kiedyś, ale wysyconej magią tworzenia teraz.
A gdy w końcu umilkli, gdy opadli w końcu zmęczeni, otulił ją mocno nagle zlękniony, że zmarznie, że nie było jej wygodnie. Poszum słów wrócił, wątpliwości i niepewności tego co między nimi właśnie się zadziało i jak będzie to rezonować na kolejne dni, miesiące, lata... Nieświadom zupełnie proroczych słów zalęgłych w jego głowie, oddawał jasnym włosom leniwe pocałunki...
Nie wiedział, co robią ręce, dotykajace, gładzące, drapiące plecy, łapiące za biodra, zsuwające się po udach. Nie wiedział, co robią usta całujące na oślep, gryzące, liżące, chłonące zapach i smak w tym samym czasie. Nie wiedział, co robi gardło, coraz mocniej, coraz głośniej dające upust trwającej rozkoszy chwili. Nie wiedział nic, prócz tego, jak właściwe to było, naturalne i pełne, pośród zieleni mchów i fioletu wrzosów.
Ty moja, a ja Twój... – chciał powiedzieć, gdy przyszła pełnia, lecz zdołał tylko odgarnąć jej głowę, by móc spojrzeć w piękne oczy swojej boginii, oślepnąć od jej słonecznego blasku i zrozumieć w końcu, że kolor jej oczu to ten sam, który ma kwiat paproci poszukiwany tej nocy. I zerwał ten kwiat, zapadając się w bezpamiętnie, otwierając na nią, oddając swoją duszę istocie, zwykłej kiedyś, ale wysyconej magią tworzenia teraz.
A gdy w końcu umilkli, gdy opadli w końcu zmęczeni, otulił ją mocno nagle zlękniony, że zmarznie, że nie było jej wygodnie. Poszum słów wrócił, wątpliwości i niepewności tego co między nimi właśnie się zadziało i jak będzie to rezonować na kolejne dni, miesiące, lata... Nieświadom zupełnie proroczych słów zalęgłych w jego głowie, oddawał jasnym włosom leniwe pocałunki...