16.02.2024, 14:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2024, 14:44 przez Samuel McGonagall.)
– Osiem lat.
Stał nieruchomo, znów jak drzewo, a tylko jego oczy śledziły nędzne ruchy Longbottoma. Klątwa wiedzy, nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak jesteś w czymś dobry, dopóki nie zobaczysz początków kogo innego. To nigdy nie jest talent. To godziny, hektolitry godzin wylanych na poczet umiejętności, która nagle i niespodziewanie okazuje się "naturalna" choć był czas, gdy taka nie była.
Każde miękko wypowiedziane słowo, każdy żart, mający na celu rozluźnić wewnętrzną potrzebę perfekcjonizmu, łagodność, może też zapach, który nie gryzł w nos, a niósł ze sobą znajomy komfort. Może też dotyk, bo choć nie był codziennością Samuela, to tu, teraz, w zaciszu ogrodu, zdawał się odnajdywać tak bardzo w tej formie niewerbalnego kontaktu. Zdawał się szukać go, mimo lęku, który w nim wzbudzał.
Nie angażuj się.
To mogła być gra. Nie umiał za dobrze czytać ludzi, nie umiał z kilometra rozpoznać kłamcy, ale tak bardzo, och tak bardzo chciał wierzyć, że Erik jest właściwą osobą, której można zaufać. W końcu gdyby nie był, Bee by mu powiedziała, prawda?
Przemielił słowa językiem we wnętrzu własnych ust. Oddychał spokojnie, nie chcąc własnemu przekleństwu przejąć nad nim kontroli w chwili tak dla niego wrażliwej.
– Zawsze dobrze się czułem, dłubiąc w gałęziach, rzeźbiąc figurki, potem amulety, dekoracje do chatki. Więc gdy moja mama, gdy... gdy odeszła... – wypuścił wstrzymywane powietrze. Choć od początku rozmowy okrywał się tylko od bioder w dół, przydużymi roboczymi spodniami, to dopiero teraz poczuł się niekomfortowo nagi. O takich rzeczach, nie powinno się rozmawiać wcale. Na pewno nie w ciepłym świetle czerwcowego słońca. – Ma Maledicusa może... może kiedyś wróci, nie wiem. – jego prawdomówność popchnęła go do uściślenia, bo przecież ludzie mówili, że ktoś "odszedł", kiedy tak naprawdę umarł. O tym, że była to ta sama noc, kiedy umarł jego ojciec, nie zamierzał już wspominać. Dla ludzi z Doliny Alistar nigdy nie istniał, a przynajmniej nie jako mąż czy rodzic.
– Musiałem czymś zająć ręce czekając. I tak wyszło, że heblowanie desek, to był mój początek przygody ze stolarką. – dokończył, delikatnie zsuwając naprodukowane na nowo przez Erika wióry. Tak właśnie musiały wyglądać jego pierwsze deski. Albo gorzej, bo tu dziedzic dostał je już wstępnie ociosane, odpowiednio wyleżakowane, gdy młody Sam łapał się czegokolwiek, jakkolwiek, paląc w piecu głównie wysączonymi żywicą szczątkami.
Stał nieruchomo, znów jak drzewo, a tylko jego oczy śledziły nędzne ruchy Longbottoma. Klątwa wiedzy, nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak jesteś w czymś dobry, dopóki nie zobaczysz początków kogo innego. To nigdy nie jest talent. To godziny, hektolitry godzin wylanych na poczet umiejętności, która nagle i niespodziewanie okazuje się "naturalna" choć był czas, gdy taka nie była.
Każde miękko wypowiedziane słowo, każdy żart, mający na celu rozluźnić wewnętrzną potrzebę perfekcjonizmu, łagodność, może też zapach, który nie gryzł w nos, a niósł ze sobą znajomy komfort. Może też dotyk, bo choć nie był codziennością Samuela, to tu, teraz, w zaciszu ogrodu, zdawał się odnajdywać tak bardzo w tej formie niewerbalnego kontaktu. Zdawał się szukać go, mimo lęku, który w nim wzbudzał.
Nie angażuj się.
To mogła być gra. Nie umiał za dobrze czytać ludzi, nie umiał z kilometra rozpoznać kłamcy, ale tak bardzo, och tak bardzo chciał wierzyć, że Erik jest właściwą osobą, której można zaufać. W końcu gdyby nie był, Bee by mu powiedziała, prawda?
Przemielił słowa językiem we wnętrzu własnych ust. Oddychał spokojnie, nie chcąc własnemu przekleństwu przejąć nad nim kontroli w chwili tak dla niego wrażliwej.
– Zawsze dobrze się czułem, dłubiąc w gałęziach, rzeźbiąc figurki, potem amulety, dekoracje do chatki. Więc gdy moja mama, gdy... gdy odeszła... – wypuścił wstrzymywane powietrze. Choć od początku rozmowy okrywał się tylko od bioder w dół, przydużymi roboczymi spodniami, to dopiero teraz poczuł się niekomfortowo nagi. O takich rzeczach, nie powinno się rozmawiać wcale. Na pewno nie w ciepłym świetle czerwcowego słońca. – Ma Maledicusa może... może kiedyś wróci, nie wiem. – jego prawdomówność popchnęła go do uściślenia, bo przecież ludzie mówili, że ktoś "odszedł", kiedy tak naprawdę umarł. O tym, że była to ta sama noc, kiedy umarł jego ojciec, nie zamierzał już wspominać. Dla ludzi z Doliny Alistar nigdy nie istniał, a przynajmniej nie jako mąż czy rodzic.
– Musiałem czymś zająć ręce czekając. I tak wyszło, że heblowanie desek, to był mój początek przygody ze stolarką. – dokończył, delikatnie zsuwając naprodukowane na nowo przez Erika wióry. Tak właśnie musiały wyglądać jego pierwsze deski. Albo gorzej, bo tu dziedzic dostał je już wstępnie ociosane, odpowiednio wyleżakowane, gdy młody Sam łapał się czegokolwiek, jakkolwiek, paląc w piecu głównie wysączonymi żywicą szczątkami.