16.02.2024, 16:51 ✶
– Dam ci adres kogoś, kto może pomóc z fryzurą i brodą. I zadatek za te talerze – stwierdziła Brenna, krytycznie przypatrując się jego zarostowi i włosom. Nie zwracała na to dotąd uwagi, ale teraz „włączył się” w niej duch Potterów, gdy zestawiała je z tym ubraniem: i że naprawdę chciała, aby Samuel czuł, że na tej potańcówce… nie prezentuje się gorzej niż ktokolwiek inny.
Dobra wróżka podarowała Kopciuszkowi odrobinę magii tylko na chwilę, a o północy czar prysł.
Ale książę i tak pogonił za Kopciuszkiem i ostatecznie przynajmniej w bajce nie miało znaczenia, że znalazł ją przy piecu, w łachmanach.
Brenna nie wierzyła w bajki, ale je lubiła – i bardzo chciała, aby Sam dostał jeżeli nie „żył długo i szczęśliwie” to przynajmniej by było mu odrobinę lepiej. Odrobinę lżej. Bo przecież wcale nie czuł się całkowicie dobrze w Kniei. Przecież to nie tak, że w ogóle nie ciągnęło go do ludzi. Gdyby było inaczej, nie śledziłby jej spośród drzew wiele, wiele lat temu. Nie stanąłby dzisiaj rano na progu domu Longbottomów.
– Wyglądasz w niej bardzo dobrze. Zatrzymaj ją na tę i inne okazje, a może kiedyś pojawi się dobry moment na założenie tej kolorowej. Jeżeli się uda, chciałabym też zaprosić w sierpniu znajomych na ognisko i pieczenie kiełbasek, tak jak robiło się to kiedyś…
Gdy miała kilkanaście lat każdego lata oznajmiała, że muszą zrobić ognisko i nie znosiła sprzeciwu – i potem ten zwyczaj w mniejszym gronie bywał kultywowany i kiedy Brenna dorosła. Tej wiosny i tego lata jednak działo się tyle, że jakoś dotąd nie było okazji, a Brenna nagle zatęskniła za dymem z ogniska, za kiełbaskami parzącymi palce, gdy ściągało się je wprost z patyka, za zapachem pieczonych pianek. Za śmiechami i rozmowami osób, które gromadziły się wokół ogniska.
– Uwielbiam listy – powiedziała, uśmiechając się do niego szeroko i szczerze, bo naprawdę lubiła listy: rozsyłała głupiutkie liściki, często bezsensowne, nie mające żadnego celu, bardzo nie angielskie, do rodziny i znajomych. Samolociki latały czasem korytarzem do pokoi Erika i Morpheusa, wplątywały się we włosy Victorii w Ministerstwie Magii, liściki zostawały na biurku Alastora albo przy szparze od drzwi pokoju Mavelle, wiadomości w kopertach kursowały z Doliny Godryka do domów Vincenta, Cynthii i wielu innych. – I one nigdy nie są o niczym, zawsze przecież są o czymś, prawda? Listy wcale nie muszą być o poważnych sprawach, jakby musiały być, to nic, trzeba by mi zabrać cały papier i cały atrament, bo bardzo lubię pisać do znajomych o różnych głupotkach, na przykład że właśnie ogłoszono limitowaną edycję czekoladowych żab.
Dobra wróżka podarowała Kopciuszkowi odrobinę magii tylko na chwilę, a o północy czar prysł.
Ale książę i tak pogonił za Kopciuszkiem i ostatecznie przynajmniej w bajce nie miało znaczenia, że znalazł ją przy piecu, w łachmanach.
Brenna nie wierzyła w bajki, ale je lubiła – i bardzo chciała, aby Sam dostał jeżeli nie „żył długo i szczęśliwie” to przynajmniej by było mu odrobinę lepiej. Odrobinę lżej. Bo przecież wcale nie czuł się całkowicie dobrze w Kniei. Przecież to nie tak, że w ogóle nie ciągnęło go do ludzi. Gdyby było inaczej, nie śledziłby jej spośród drzew wiele, wiele lat temu. Nie stanąłby dzisiaj rano na progu domu Longbottomów.
– Wyglądasz w niej bardzo dobrze. Zatrzymaj ją na tę i inne okazje, a może kiedyś pojawi się dobry moment na założenie tej kolorowej. Jeżeli się uda, chciałabym też zaprosić w sierpniu znajomych na ognisko i pieczenie kiełbasek, tak jak robiło się to kiedyś…
Gdy miała kilkanaście lat każdego lata oznajmiała, że muszą zrobić ognisko i nie znosiła sprzeciwu – i potem ten zwyczaj w mniejszym gronie bywał kultywowany i kiedy Brenna dorosła. Tej wiosny i tego lata jednak działo się tyle, że jakoś dotąd nie było okazji, a Brenna nagle zatęskniła za dymem z ogniska, za kiełbaskami parzącymi palce, gdy ściągało się je wprost z patyka, za zapachem pieczonych pianek. Za śmiechami i rozmowami osób, które gromadziły się wokół ogniska.
– Uwielbiam listy – powiedziała, uśmiechając się do niego szeroko i szczerze, bo naprawdę lubiła listy: rozsyłała głupiutkie liściki, często bezsensowne, nie mające żadnego celu, bardzo nie angielskie, do rodziny i znajomych. Samolociki latały czasem korytarzem do pokoi Erika i Morpheusa, wplątywały się we włosy Victorii w Ministerstwie Magii, liściki zostawały na biurku Alastora albo przy szparze od drzwi pokoju Mavelle, wiadomości w kopertach kursowały z Doliny Godryka do domów Vincenta, Cynthii i wielu innych. – I one nigdy nie są o niczym, zawsze przecież są o czymś, prawda? Listy wcale nie muszą być o poważnych sprawach, jakby musiały być, to nic, trzeba by mi zabrać cały papier i cały atrament, bo bardzo lubię pisać do znajomych o różnych głupotkach, na przykład że właśnie ogłoszono limitowaną edycję czekoladowych żab.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.