— Ah, nie trzeba, bardzo chętnie się do nich udam, jeszcze się z nimi nie zapoznałam. Ale jeśli chcesz... możesz mi pomóc, to wtedy dam ci parę słoiczków.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo wiejski handel wymienny wdrukowany był w moje automatyczne zachowania. U siebie na wsi nie angażowałam się w kontakty z sąsiadami. Robili to moi rodzice. Ale wiele razy obserwowałam ich przy tym, albo słuchałam opowieści... No i jakoś teraz zupełnie naturalnie mi to przychodzi.
— Na smalcu? — Zmarszczyłam nos z lekkiego obrzydzenia. — Nie słyszałam jeszcze o tym... U nas to się na wodzie robi.
Bardzo nie chciałam okazać jak bardzo nieprzyjemnie zrobiło mi się na myśl o słodko-kwaśnych, cudownych śliweczkach, spoczywających na białej kupie tłuszczu.
— Smalec? Masz na myśli tłuszcz ze zwierząt? — Dopytałam się, bo co jeśli pomyliłam słowa? Może chodziło mu coś innego?
Zdusiłam w sobie śmiech, gdy Samuel spróbował wypowiedzieć imię gęsi. Czasem żałuję, jak nazwałam Krzysztofika. Ale czasem nie. Najczęściej nie.
— Ano. Jest bardzo dziki, ale jakimś cudem robi swoje. To znaczy listy zanosi.
Tak, to mój ptak pocztowy. Czy jestem z tego dumna? Cóż, Lyssa ani nikt z rodziny się jeszcze nie skarżył. Dopiero jak miałam pisać do Ministerstwa to zaczęłam się zastanawiać, czy nie pożyczyć ptaka od Lysandra. Jeszcze by Krzysztofika zamknęli i co wtedy?
Objęłam w końcu gąsiora i już tylko dźwiękowo mógł grozić Samuelowi, czego to on nie zrobi z matką czarodzieja. Wstałam z nim i wyrzuciłam na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi do stodoły.
Włączyłam magiczne oświetlenie, żeby lepiej można było przyjrzeć się ciężarnej.
— Prawdę mówiąc to nie wiem... Ale być może wróci wieczorem...
Z początku zawsze raportowałam Lysandrowi gdzie wychodzę i kiedy planuję powrót. Ale kiedy zauważyłam, że on tak nie robi to sama przestałam. Czasem opowiadamy sobie potem o tych naszych wyjściach, a czasem nie, ale nikomu z nas to nie przeszkadza. Raz tylko dało mi to powód do niepokoju. Po Beltane. Na szczęście Lysander nie wrócił na noc, bo zasnął w rowie, nie dlatego, że zabili go na polanie.