Byłam w swoim świecie. Czytałam właśnie wywiad z debiutującym malarzem. Na zdjęciu prezentował się całkiem interesująco. Wyglądał na niewiele starszego ode mnie. Ładny. Fajnie byłoby go spotkać któregoś dnia... Artykuł był o jego wystawie na Pokątnej. No tak, duże miasto, duże możliwości. Sama mogłam zorganizować wystawę gdzieś w swojej wiosce ale nic by to mi nie dało.
Westchnęłam ciężko opierając się o krzesło i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że ktoś coś do mnie mówił. Najpewniej chodziło o zajęcie miejsca obok, a moja reakcja wyglądała, jak gdybym miała z tym problem. Skuliłam się w sobie i wbiłam twarz w talerzyk po ziemniaczkach.
— Uhm, tak, oczywiście, proszę — odpowiedziałam kompletnie gubiąc akcent. Jestem też prawie pewna, że pierwsze słowo było po polsku.
Przyłożyłam do ust kufel, by udać wielce zajętą piciem resztki kremowego piwa. Może powinnam zamówić kolejne? Mogłam poprosić czarownicę o rzucenie okiem na moje rzeczy podczas gdy podejdę do baru... A może nie? Później. Tak. Później.
Czerwona na twarzy (wtedy jeszcze nie z powodu blizn, gdyż nabyłam je ponad rok później), wróciłam do lektury, ale nie mogłam się skupić na żadnym konkretnym artykule. Nie zauważyłam, że przez przybraną pozycję, Fernah mogła raczyć się swoim gulaszem spoglądając Voldemortowi prosto w twarz. Smacznego, czy coś.