16.02.2024, 20:10 ✶
Tak, w wyobraźni cała ta rozmowa była o wiele łatwiejsza do przeprowadzenia. I słowa inaczej się układały, i inny był ich odbiór. Ale wyobraźnia, wykreowane fantazje znacznie dobiegały od rzeczywistości. Już choćby w tym, że sama przecież nie rzuciła się Patrickowi na szyję, na dzień dobry obwieszczając, że już nigdy więcej nie zostaną rozdzieleni.
Ale to tak nie działało. Zwłaszcza że to, co martwe, w teorii powinno pozostać martwe. Nić życia została ucięta, wygrawerowane w nagrobnym kamieniu litery świadczyły o tym aż nadto dobitnie. Tyle że...
... że los potrafił płatać niezłe psikusy. A wola duszy, żeby dokończyć pewne sprawy, okazywała się silniejsza niż śmierć.
To nie było przyjemne odczucie; takie odsłonięcie się. Już tyle czasu... tyle czasu krycia się i bronienia swej myśli, aury, wszystkiego przed magią i darami innych, że teraz poczuła się bezlitośnie obnażona. Dobrowolnie wprawdzie, ale jednak. Samo oglądanie, jak bardzo Steward był skołowany, też szczególnej przyjemności nie sprawiało. I jakoś tak, myśl sugerująca, że może jednak powinna odpuścić, nie mieszać bardziej w jego życiu, zniknąć, zaświeciła się mocniej.
- Może zacznę od ostatniego pytania - stwierdziła powoli, nadal nie zamykając swojego umysłu przed spojrzeniem. Ot, swego rodzaju ukłon. Zdjęcie maski, to raz, dwa - pokazywała, że postawiła teraz na szczerość - Przede wszystkim chciałabym, żebyś zachował otwarty umysł. Cała reszta... Obawiam się, że to zależy - przyznała. Bo w sumie... co z tego, jeśli powie chociażby "oddaj różdżkę i puść mnie", jeśli mężczyzna uzna, że nie, jednak musi pobyć aurorem i nie dość, że różdżki nie zwróci, to jeszcze w łeb da? Albo takie "zostań ze mną", a tu podniesie (wyolbrzymiając, oczywiście...) larum, że nie, nigdy, nawet kijem przez szmatkę?
- Widzisz, zeszłoroczne Beltane dla prawdziwej Carrow nie było szczęśliwe - zaczęła po chwili milczenia. Mówiła spokojnie, choć spokojną z pewnością nie była; cała masa wątpliwości, czy nie popełnia właśnie błędu wręcz buzowała. A spojrzenie... tak, stało się dziwnie miękkie, prawie jakby patrzył w oczy zupełnie innej osoby. Tyle że jednak było brązowe, a nie błękitne... - Nie jestem pewna, dlaczego ocknęłam się właśnie w tym ciele. Może kwestia tego, że niekoniecznie była w stanie się bronić, może coś mnie przyciągnęło... zresztą, to jest najmniej ważne. Ważne jest to, że choć jakieś półtora roku temu... - urwała, wahając się, jak to ująć. Dlaczego nie potrafiła powiedzieć tego wprost? Jestem Clare i wróciłam. Tylko tyle i aż tyle. I dopiero wtedy wytłumaczyć, co, jak, dlaczego, tyle że chyba po prostu tak bardzo musiała wejść w buty Carrow, że imię Clare Avery już nie chciało przejść przez jej gardło. Bo Clare odeszła. Już nie istniała; zostały jedynie wspomnienia i różne drobiazgi. Oraz to, co wyszło spod jej rąk, o ile nie trafiło jednak do kominka.
- ... może ujmę to w ten sposób: skończył mi się czas - zdecydowała się na dość eufemistyczne określenie. I nie można powiedzieć, żeby kłamała, bo naprawdę się skończył i to w wielu aspektach. Skończył się czas na ucieczkę od małżeństwa. Skończył się na rozerwanie złożonej przysięgi. Skończył się na wszystko inne, co chciała zrobić.
Skończył się jej czas, czas życia.
- Rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć? - prawie szepnęła - Wiem, gdzie mieszkałeś, bo tam bywaliśmy. Wiem, jakie masz nawyki, bo znamy się prawie całe życie. Wiem, że widzisz, bo razem to ćwiczyliśmy. Ten wisiorek? - sięgnęła znów do łańcuszka, tym razem nie zamykając foczki we wnętrzu dłoni, a tylko delikatnie go musnęła - Nadal pamiętam tamten wieczór w Pokoju Życzeń. Wszystko to i całą resztę...
Ale to tak nie działało. Zwłaszcza że to, co martwe, w teorii powinno pozostać martwe. Nić życia została ucięta, wygrawerowane w nagrobnym kamieniu litery świadczyły o tym aż nadto dobitnie. Tyle że...
... że los potrafił płatać niezłe psikusy. A wola duszy, żeby dokończyć pewne sprawy, okazywała się silniejsza niż śmierć.
To nie było przyjemne odczucie; takie odsłonięcie się. Już tyle czasu... tyle czasu krycia się i bronienia swej myśli, aury, wszystkiego przed magią i darami innych, że teraz poczuła się bezlitośnie obnażona. Dobrowolnie wprawdzie, ale jednak. Samo oglądanie, jak bardzo Steward był skołowany, też szczególnej przyjemności nie sprawiało. I jakoś tak, myśl sugerująca, że może jednak powinna odpuścić, nie mieszać bardziej w jego życiu, zniknąć, zaświeciła się mocniej.
- Może zacznę od ostatniego pytania - stwierdziła powoli, nadal nie zamykając swojego umysłu przed spojrzeniem. Ot, swego rodzaju ukłon. Zdjęcie maski, to raz, dwa - pokazywała, że postawiła teraz na szczerość - Przede wszystkim chciałabym, żebyś zachował otwarty umysł. Cała reszta... Obawiam się, że to zależy - przyznała. Bo w sumie... co z tego, jeśli powie chociażby "oddaj różdżkę i puść mnie", jeśli mężczyzna uzna, że nie, jednak musi pobyć aurorem i nie dość, że różdżki nie zwróci, to jeszcze w łeb da? Albo takie "zostań ze mną", a tu podniesie (wyolbrzymiając, oczywiście...) larum, że nie, nigdy, nawet kijem przez szmatkę?
- Widzisz, zeszłoroczne Beltane dla prawdziwej Carrow nie było szczęśliwe - zaczęła po chwili milczenia. Mówiła spokojnie, choć spokojną z pewnością nie była; cała masa wątpliwości, czy nie popełnia właśnie błędu wręcz buzowała. A spojrzenie... tak, stało się dziwnie miękkie, prawie jakby patrzył w oczy zupełnie innej osoby. Tyle że jednak było brązowe, a nie błękitne... - Nie jestem pewna, dlaczego ocknęłam się właśnie w tym ciele. Może kwestia tego, że niekoniecznie była w stanie się bronić, może coś mnie przyciągnęło... zresztą, to jest najmniej ważne. Ważne jest to, że choć jakieś półtora roku temu... - urwała, wahając się, jak to ująć. Dlaczego nie potrafiła powiedzieć tego wprost? Jestem Clare i wróciłam. Tylko tyle i aż tyle. I dopiero wtedy wytłumaczyć, co, jak, dlaczego, tyle że chyba po prostu tak bardzo musiała wejść w buty Carrow, że imię Clare Avery już nie chciało przejść przez jej gardło. Bo Clare odeszła. Już nie istniała; zostały jedynie wspomnienia i różne drobiazgi. Oraz to, co wyszło spod jej rąk, o ile nie trafiło jednak do kominka.
- ... może ujmę to w ten sposób: skończył mi się czas - zdecydowała się na dość eufemistyczne określenie. I nie można powiedzieć, żeby kłamała, bo naprawdę się skończył i to w wielu aspektach. Skończył się czas na ucieczkę od małżeństwa. Skończył się na rozerwanie złożonej przysięgi. Skończył się na wszystko inne, co chciała zrobić.
Skończył się jej czas, czas życia.
- Rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć? - prawie szepnęła - Wiem, gdzie mieszkałeś, bo tam bywaliśmy. Wiem, jakie masz nawyki, bo znamy się prawie całe życie. Wiem, że widzisz, bo razem to ćwiczyliśmy. Ten wisiorek? - sięgnęła znów do łańcuszka, tym razem nie zamykając foczki we wnętrzu dłoni, a tylko delikatnie go musnęła - Nadal pamiętam tamten wieczór w Pokoju Życzeń. Wszystko to i całą resztę...