17.02.2024, 06:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 12:10 przez Lorraine Malfoy.)
Usiadła tak, jakby mieli grać na cztery ręce, bo i dlaczegóż by nie; czasami, gdy był w dobrym humorze, zdarzało im się tak bawić, ale dzisiaj, Umbriel wydawał się być w bardziej introspektywnym nastroju. Szanowała jego artyzm na tyle, by nie nalegać; nawet nie musnęła obudowy instrumentu, zbyt dobrze wychowana, by zostawiać ślady paluchów na tym, co nie należało do niej.
Z cudzymi mężami obchodziła się już mniej delikatnie.
Oczywiście, w tej materii - jak i w każdej innej - Umbriel był idealnie bezpieczny, tak bezpieczny, jak tylko mógłby być, bo Lorraine nie przyszła tu przecież kierowana żadnymi niecnymi zamiarami, brońcie bogowie - ona przyszła do anioła muzyki, który zaklinał w swoich kompozycjach śmierć i życie wieczne, jak to zgrabnie ujmowali krytycy, nie podejrzewając jednak, że ten ich anioł był dawno upadłym, i pomieszkiwał sobie w najniższym kręgu piekielnym Podziemnych Ścieżek (a kiedy się denerwował, mówił z obcym akcentem, co z godnością anielską licowało mniej niż brutalne mordy na niewinnych - na tyle, na ile uświadomiona była Malfoy w prawdach wiary) - przestała czuć się speszona, kiedy wreszcie wydusiła z siebie powód swej wizyty, a gdy Degenhardt spełnił jej prośbę, i zaczął grać, półwila pozbyła się reszty inhibicji - bo o, bogowie, jakże on grał.
Lorraine nie tworzyła własnej muzyki; ona lubiła bezpieczną precyzję kompozycji mistrzów, które odtwarzała z perfekcjonistyczną, patologiczną wręcz szczegółowością. Własna pedanteria niczym nie różniła się w ocenie Malfoy od maski opanowania noszonej przez Degenhardta - tylko z pozoru doskonałej, bo, w oczach półwili, ten przesadnie wystudiowany spokój był jedynie wdzięczną pozą. Oczywiście, mogła być nieobiektywna, kiedy oskarżała muzyka o nieszczerość - mimowolnie szukając w postaci Umbriela szczątków ognistego temperamentu jego brata - nigdy jednak nie gościła w umyśle Degenhardta, nie mogła więc wiedzieć na pewno.
Czy przeglądając jego myśli, także słyszałaby muzykę?
Cóż, gdyby usłyszała dysonanse jego dylematów moralnych, zapewne wybuchłaby śmiechem, i stwierdziła, że skoro martwi się o to, by inni - w tym żona - nie oberwali rykoszetem jego wściekłości, zapewne jest lepszym człowiekiem, niż sam myśli... Ale teraz była zbyt zaabsorbowana muzyką, przejęta natrętnym mrowieniem w głowie - to stawało się nieznośnym, rozprzestrzeniając się w strukturach umysłu Malfoy razem z wzrastającą powoli amplitudą melodii - choć przecież nie różniło się to za specjalnie od jej zwykłego stanu, kiedy to tkwiła w samonakręcającej spirali deluzji. Drgnęła mimowolnie, przejęta grozą wylewającą się z fortepianu pod eleganckimi ruchami placów sunących gładko po klawiszach, chociaż jednocześnie na jej twarzy pojawił się... uśmiech.
Strach ją podniecał. Może to Lorraine była po prostu trochę popierdolona, po tym jak dorastała wśród przemocy, może zbyt wcześnie poznała tajniki legilimencji, i czarnoksięskie sztuki odcisnęły piętno na jej duszy, może jakaś fatalna zmaza kładła się cieniem na jej egzystencji... Ale być może właśnie dzięki temu była w stanie bez mrugnięcia okiem zaakceptować dualizm własnej, nieco paradoksalnej natury - i otaczającego ją świata, zarazem, w równym stopniu pełnego dobra jak i zła - oraz świadomość, że ludźmi najbliższymi jej sercu pozostawali mordercy, kanciarze i oszuści.
Zrobiła więc to, co zawsze robiła w obliczu niebezpieczeństwa - zaśmiała się cicho - i przymknęła oczy, rozmarzona. Przekleństwem Degenhardta było to, że doskonale wiedział, jak jego muzyka działa na ludzi, tak samo jak i Lorraine wiedziała, jaki wpływ muszą wywierać na innych jej wiłowe czary... Ale teraz? Straciła kontrolę, porwana przez melodię. Nie miała pojęcia, komu oryginalnie dedykowana była kompozycja. Nie myślała teraz jednak o uroczej Lavinii; była daleko, choć nie ruszyła się wcale z miejsca.
Słyszała śmiech Otto w jednym uchu, a chichot Maeve - w drugim.
Może i Umbriel miał najpiękniejsze oczy ze wszystkich zbirów z listy "10 najbardziej poszukiwanych przestępców", ale nie były to oczy jego brata; nie pachniał też kadzidłami ani palonym opium, i jego ramiona też były inne, niż te do których nawykła, kiedy - wykorzystując to, że siedział z nogami w rozkroku - wślizgnęła się pod ręką mężczyzny prosto w jego objęcia - w tej krótkiej chwili, gdy kładł nacisk na pauzę - tak, aby znaleźć się w najbardziej uprzywilejowanym miejscu, jakie mogła mieć na tej jednoosobowej widowni; być może podświadomie wyczuwając, że to nie sam fortepian emituje te rozkoszne dźwięki, a dalece inny instrument: ten, który rytmicznie pulsował w piersi Degenhardta.
W ten sposób nie musiała go widzieć; nie musiała patrzeć w te niebieskie oczy.
Psuły immersję.
Wystarczyło jej, że patrzyła na jego dłonie, próbując spamiętać wszystkie niuanse melodii, requiem dla wspomnień o utraconej niewinności: palce Lorraine zacisnęły się na chwilę na materiale sukni, tak samo, jak jej uda, drżące z tłumionego przejęcia wtedy, kiedy dłonie Otto pierwszy raz nieśpiesznie sunęły po jej ciele, bo głupia małolata postanowiła go uwieść, udając bardziej doświadczoną, niż była w rzeczywistości, bardziej dojrzałą i pewną siebie. Była wtedy przerażona, i tę właśnie słodką grozę czuła w kolejnych nutach kompozycji Umbriela, choć przecież bardziej niż samego "pierwszego razu", bała się sprawić zawód swoją nieśmiałością; była też wtedy absolutnie rozanielona, bo nagle poczuła, że wpada w sidła własnych miłosnych manipulacji, z pierwszym orgazmem najbierając przeświadczenia, że tak właśnie musi wyglądać "prawdziwa miłość", o której czytała w harlekinach!!, kiedy rozkoszowała się tak pięknem kolejnych akordów.
- Nie przestawaj, O-- - westchnęła cicho Lorraine, i chociaż mówiła to do Umbriela - zapomniała się; jej oddech przyspieszył, a pierś wznosiła się ciężko, choć próbowała opanować zdradzieckie drżenie głosu, który nosił znamię samolubnego, desperackiego rozkazu młodej dziewczyny, wyciągniętej wyczekująco na łóżku - jej słowa były tylko echem wczorajszej nocy, spędzonej bezsennie w ramionach Otto, i tych tysiąca innych, dawno minionych, ale przecież zapisanych w partyturze przeszłości: począwszy od tej pierwszej, kiedy stwierdziła, że skoro ma klękać przed jakimś mężczyzną, to tylko takim, który samego siebie chciałby wywyższyć do rangi boga.
Och, gdyby teraz, tak jak podczas obchodów Lithy, mogła na nią spojrzeć bogini-Dziewica - na nią, i na jej twarz, na której skupienie walczyło z potrzebą... - może wtedy zrozumiałaby, dlaczego ludzie tak chętnie składają ofiary z życia bogu małej śmierci.
Bo jakby się tak uprzeć, kto jak nie Degenhardt nadawał się na jego arcykapłana?
Z cudzymi mężami obchodziła się już mniej delikatnie.
Oczywiście, w tej materii - jak i w każdej innej - Umbriel był idealnie bezpieczny, tak bezpieczny, jak tylko mógłby być, bo Lorraine nie przyszła tu przecież kierowana żadnymi niecnymi zamiarami, brońcie bogowie - ona przyszła do anioła muzyki, który zaklinał w swoich kompozycjach śmierć i życie wieczne, jak to zgrabnie ujmowali krytycy, nie podejrzewając jednak, że ten ich anioł był dawno upadłym, i pomieszkiwał sobie w najniższym kręgu piekielnym Podziemnych Ścieżek (a kiedy się denerwował, mówił z obcym akcentem, co z godnością anielską licowało mniej niż brutalne mordy na niewinnych - na tyle, na ile uświadomiona była Malfoy w prawdach wiary) - przestała czuć się speszona, kiedy wreszcie wydusiła z siebie powód swej wizyty, a gdy Degenhardt spełnił jej prośbę, i zaczął grać, półwila pozbyła się reszty inhibicji - bo o, bogowie, jakże on grał.
Lorraine nie tworzyła własnej muzyki; ona lubiła bezpieczną precyzję kompozycji mistrzów, które odtwarzała z perfekcjonistyczną, patologiczną wręcz szczegółowością. Własna pedanteria niczym nie różniła się w ocenie Malfoy od maski opanowania noszonej przez Degenhardta - tylko z pozoru doskonałej, bo, w oczach półwili, ten przesadnie wystudiowany spokój był jedynie wdzięczną pozą. Oczywiście, mogła być nieobiektywna, kiedy oskarżała muzyka o nieszczerość - mimowolnie szukając w postaci Umbriela szczątków ognistego temperamentu jego brata - nigdy jednak nie gościła w umyśle Degenhardta, nie mogła więc wiedzieć na pewno.
Czy przeglądając jego myśli, także słyszałaby muzykę?
Cóż, gdyby usłyszała dysonanse jego dylematów moralnych, zapewne wybuchłaby śmiechem, i stwierdziła, że skoro martwi się o to, by inni - w tym żona - nie oberwali rykoszetem jego wściekłości, zapewne jest lepszym człowiekiem, niż sam myśli... Ale teraz była zbyt zaabsorbowana muzyką, przejęta natrętnym mrowieniem w głowie - to stawało się nieznośnym, rozprzestrzeniając się w strukturach umysłu Malfoy razem z wzrastającą powoli amplitudą melodii - choć przecież nie różniło się to za specjalnie od jej zwykłego stanu, kiedy to tkwiła w samonakręcającej spirali deluzji. Drgnęła mimowolnie, przejęta grozą wylewającą się z fortepianu pod eleganckimi ruchami placów sunących gładko po klawiszach, chociaż jednocześnie na jej twarzy pojawił się... uśmiech.
Strach ją podniecał. Może to Lorraine była po prostu trochę popierdolona, po tym jak dorastała wśród przemocy, może zbyt wcześnie poznała tajniki legilimencji, i czarnoksięskie sztuki odcisnęły piętno na jej duszy, może jakaś fatalna zmaza kładła się cieniem na jej egzystencji... Ale być może właśnie dzięki temu była w stanie bez mrugnięcia okiem zaakceptować dualizm własnej, nieco paradoksalnej natury - i otaczającego ją świata, zarazem, w równym stopniu pełnego dobra jak i zła - oraz świadomość, że ludźmi najbliższymi jej sercu pozostawali mordercy, kanciarze i oszuści.
Zrobiła więc to, co zawsze robiła w obliczu niebezpieczeństwa - zaśmiała się cicho - i przymknęła oczy, rozmarzona. Przekleństwem Degenhardta było to, że doskonale wiedział, jak jego muzyka działa na ludzi, tak samo jak i Lorraine wiedziała, jaki wpływ muszą wywierać na innych jej wiłowe czary... Ale teraz? Straciła kontrolę, porwana przez melodię. Nie miała pojęcia, komu oryginalnie dedykowana była kompozycja. Nie myślała teraz jednak o uroczej Lavinii; była daleko, choć nie ruszyła się wcale z miejsca.
Słyszała śmiech Otto w jednym uchu, a chichot Maeve - w drugim.
Może i Umbriel miał najpiękniejsze oczy ze wszystkich zbirów z listy "10 najbardziej poszukiwanych przestępców", ale nie były to oczy jego brata; nie pachniał też kadzidłami ani palonym opium, i jego ramiona też były inne, niż te do których nawykła, kiedy - wykorzystując to, że siedział z nogami w rozkroku - wślizgnęła się pod ręką mężczyzny prosto w jego objęcia - w tej krótkiej chwili, gdy kładł nacisk na pauzę - tak, aby znaleźć się w najbardziej uprzywilejowanym miejscu, jakie mogła mieć na tej jednoosobowej widowni; być może podświadomie wyczuwając, że to nie sam fortepian emituje te rozkoszne dźwięki, a dalece inny instrument: ten, który rytmicznie pulsował w piersi Degenhardta.
W ten sposób nie musiała go widzieć; nie musiała patrzeć w te niebieskie oczy.
Psuły immersję.
Wystarczyło jej, że patrzyła na jego dłonie, próbując spamiętać wszystkie niuanse melodii, requiem dla wspomnień o utraconej niewinności: palce Lorraine zacisnęły się na chwilę na materiale sukni, tak samo, jak jej uda, drżące z tłumionego przejęcia wtedy, kiedy dłonie Otto pierwszy raz nieśpiesznie sunęły po jej ciele, bo głupia małolata postanowiła go uwieść, udając bardziej doświadczoną, niż była w rzeczywistości, bardziej dojrzałą i pewną siebie. Była wtedy przerażona, i tę właśnie słodką grozę czuła w kolejnych nutach kompozycji Umbriela, choć przecież bardziej niż samego "pierwszego razu", bała się sprawić zawód swoją nieśmiałością; była też wtedy absolutnie rozanielona, bo nagle poczuła, że wpada w sidła własnych miłosnych manipulacji, z pierwszym orgazmem najbierając przeświadczenia, że tak właśnie musi wyglądać "prawdziwa miłość", o której czytała w harlekinach!!, kiedy rozkoszowała się tak pięknem kolejnych akordów.
- Nie przestawaj, O-- - westchnęła cicho Lorraine, i chociaż mówiła to do Umbriela - zapomniała się; jej oddech przyspieszył, a pierś wznosiła się ciężko, choć próbowała opanować zdradzieckie drżenie głosu, który nosił znamię samolubnego, desperackiego rozkazu młodej dziewczyny, wyciągniętej wyczekująco na łóżku - jej słowa były tylko echem wczorajszej nocy, spędzonej bezsennie w ramionach Otto, i tych tysiąca innych, dawno minionych, ale przecież zapisanych w partyturze przeszłości: począwszy od tej pierwszej, kiedy stwierdziła, że skoro ma klękać przed jakimś mężczyzną, to tylko takim, który samego siebie chciałby wywyższyć do rangi boga.
Och, gdyby teraz, tak jak podczas obchodów Lithy, mogła na nią spojrzeć bogini-Dziewica - na nią, i na jej twarz, na której skupienie walczyło z potrzebą... - może wtedy zrozumiałaby, dlaczego ludzie tak chętnie składają ofiary z życia bogu małej śmierci.
Bo jakby się tak uprzeć, kto jak nie Degenhardt nadawał się na jego arcykapłana?