17.02.2024, 14:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 00:14 przez Samuel McGonagall.)
Ponad wszelką wątpliwość Erik radził sobie z ludźmi tak, jak Sam radził sobie z deskami.
Jego słowa ściągały z pełnego drzazg i nierówności młodego mężczyzny wióry niepewności i nadmiaru trudnych emocji. Sam dzielił się z nim czymś niesamowicie ważnym i trudnym dla siebie, był to dla niego ogromny krok w porównaniu do wielu, wielu lat milczenia. Tymczasem Erik otulał go gładko bezpiecznym tematem stolarki, słodkimi (nawet jeśli mało wiarygodnymi) zapewnieniami o tym, że wszystko się ułoży.
Był jak bajarz, kończący opowieść hucznym ślubem i głośnym, bezwzględnym "i żyli długo i szczęśliwie", a słuchając go, chciało się w to wierzyć, chciało się rozluźnić i odpocząć z myślą o tym, że warto marzyć, że życie nie jest ostatecznie tak okrutnie złe, jak było w rzeczywistości.
Sam nie znał dziedzica zbyt dobrze, tak naprawdę była to pierwsza dłuższa rozmowa niż tylko "taka praca-taka płaca", ale chciał z całego serca wierzyć, że jest on taki każdego dnia. Jak dobry król, który dba o swoich poddanych i rządzi mądrze, sprawiedliwie i możliwie długo, a dopiero jak ma córkę, albo trzech synów do podziału królestwa, to zaczynają się problemy.
– Są lepsi ode mnie. – nie nawykł do komplementów. Te ograniczały się zwykle jednak do kilku dodatkowych monet, albo słoika powideł, których i tak nie mógł jeść (chyba, że były smażone na smalcu, ale jakoś wszyscy w Dolinie używali do tego masła albo dusili owoce w wodzie). Ale uśmiechnął się, a potem na wzmiankę o ukrytych talentach i łowieniu ryb roześmiał się szczerze.
– Cóż, jeżeli mam ochotę na ryby, to po prostu zakładam niedźwiedzią skórę i idę nad potok. Jak nie śmierdzę człowiekiem ryby same podpływają, a potem pach łapą... – oczywista demonstracja, z dodatkowym "fuuch" umykającym z ust dla dodatkowego efektu –...i ogłuszona leży na brzegu. Ale pewnie masz na myśli inne łowienie hmm? To nie, nigdy nie próbowałem. – przyznał, zabierając mu hebel, wymieniając deskę na kolejną i zabierając się samemu za jej heblowanie. Gadanie nigdy nie powinno zastępować pracy. – A Ty? Lubisz wodę? – zapytał po chwili, coby Erik nie myślał, że go wygania. Był zdecydowanie lepszym rozmówcą niż Białka czy Miłka. I pachniał ładnie. Dobrze się to komponowało z pudrowym zapachem łuszczonego sosnowego drewna.
Jego słowa ściągały z pełnego drzazg i nierówności młodego mężczyzny wióry niepewności i nadmiaru trudnych emocji. Sam dzielił się z nim czymś niesamowicie ważnym i trudnym dla siebie, był to dla niego ogromny krok w porównaniu do wielu, wielu lat milczenia. Tymczasem Erik otulał go gładko bezpiecznym tematem stolarki, słodkimi (nawet jeśli mało wiarygodnymi) zapewnieniami o tym, że wszystko się ułoży.
Był jak bajarz, kończący opowieść hucznym ślubem i głośnym, bezwzględnym "i żyli długo i szczęśliwie", a słuchając go, chciało się w to wierzyć, chciało się rozluźnić i odpocząć z myślą o tym, że warto marzyć, że życie nie jest ostatecznie tak okrutnie złe, jak było w rzeczywistości.
Sam nie znał dziedzica zbyt dobrze, tak naprawdę była to pierwsza dłuższa rozmowa niż tylko "taka praca-taka płaca", ale chciał z całego serca wierzyć, że jest on taki każdego dnia. Jak dobry król, który dba o swoich poddanych i rządzi mądrze, sprawiedliwie i możliwie długo, a dopiero jak ma córkę, albo trzech synów do podziału królestwa, to zaczynają się problemy.
– Są lepsi ode mnie. – nie nawykł do komplementów. Te ograniczały się zwykle jednak do kilku dodatkowych monet, albo słoika powideł, których i tak nie mógł jeść (chyba, że były smażone na smalcu, ale jakoś wszyscy w Dolinie używali do tego masła albo dusili owoce w wodzie). Ale uśmiechnął się, a potem na wzmiankę o ukrytych talentach i łowieniu ryb roześmiał się szczerze.
– Cóż, jeżeli mam ochotę na ryby, to po prostu zakładam niedźwiedzią skórę i idę nad potok. Jak nie śmierdzę człowiekiem ryby same podpływają, a potem pach łapą... – oczywista demonstracja, z dodatkowym "fuuch" umykającym z ust dla dodatkowego efektu –...i ogłuszona leży na brzegu. Ale pewnie masz na myśli inne łowienie hmm? To nie, nigdy nie próbowałem. – przyznał, zabierając mu hebel, wymieniając deskę na kolejną i zabierając się samemu za jej heblowanie. Gadanie nigdy nie powinno zastępować pracy. – A Ty? Lubisz wodę? – zapytał po chwili, coby Erik nie myślał, że go wygania. Był zdecydowanie lepszym rozmówcą niż Białka czy Miłka. I pachniał ładnie. Dobrze się to komponowało z pudrowym zapachem łuszczonego sosnowego drewna.