Coś w niej obumarło bezpowrotnie, zawarło się w jednym westchnięciu, które uleciało spomiędzy jej warg gdy się dowiedziała. Nie musiała przecież ubierać tego w słowa, a łzy jej były obce od zawsze, rzuciła się więc w wir pracy, uznając ją za swoją jedyną stałą w życiu. Trupy nie zadawały pytań; nie reagowały na jej rozbiegane spojrzenie, zionące z piwnej toni tęczówek; nie tłumaczyły i nie wymagały – a ona, nade wszystko, potrzebowała teraz życiowej stałości. Nigdy przecież nie należała do tych panien oddychających marzeniami, szybujących ponad arkanami chmur, szukając schillerowskich marzeń – westchnięcie było więc jedynym, co poświadczyło o tym, iż jest człowiekiem z krwi i kości, a nie obojętnym na masyw własnych uczuć robotem.
Nie chciała o nim myśleć ani teraz, ani nigdy – nie potrafiła jednak skreślić go z kanwy swojego życia – znali się przecież, na miłość boską, od czasów hogwardzkich, gdy doradzała mu w kwestiach sercowych, sama nie mając przecież rychłego doświadczenia w akwenie uczuć wyższych. Jednak chciała być dla niego, chciała widzieć dołeczki w jego policzkach, gdy się uśmiechał, a gdy los zetknął ich orbity ze sobą, była gotowa dać się porwać tym nurtem rzecznym; tą fatamorganą, którą momentalnie stał się w jej oczach.
Nic nie smakowało tak gorzko, jak zdrada; i choć nigdy nie przysięgali sobie monogamicznej treści ich splecionych losów, wzięła to za oczywistość. Wreszcie jej plugawa osobowość odnalazła miejsce przylegania, a ona – nie potrafiąc obchodzić się z kowalnymi emocjami – była taka, jak zawsze.
Była taka, jaką ją pokochał.
Dwie supernowy się zderzyły ze sobą, tworząc masywny wybuch; jej emocji, nieodkrytych dotychczasowo i butnej rzeczywistości, która zamknęła ją na powrót. Przyrzekała sobie w końcu, że już nigdy nie otworzy się ponownie.
– Czy ty mnie kochasz? – spytała w końcu gwałtownie.
Odwróciła się ku niemu i skróciła dystans między nimi o parę kroków. Stała teraz blisko; tak blisko, że mógł czuć ciężką woń jej perfum i świdrujące spojrzenie, umykające spod kruczego welonu rzęs, gdzieś spomiędzy iskier grających w piwnej toni.
Sama przecież nie umiała sklasyfikować uczuć, którymi go oswoiła; którymi splotła ich losy tak, jakby to to było im wieczyście przeznaczone. Czy go kochała?; niewykluczone.
– Pieprzyć Beltane, pieprzyć magię, pieprzyć wszystkie blondynki świata – bądź ze mną szczery choć raz. Czy ty mnie kochasz? – powtórzyła jak mantrę, uginając brwi w niewinnym wyrazie.
Wyglądała jak nie ona; jak jej zgoła łagodniejsza wersja, do której mimika nie przywykła, a jednak rozmiękła gwałtownie; boleśnie bezpośrednia, nie wiedziała, co zawiera się w jej oczekiwaniach; czy chciała, aby ją kochał?; niewykluczone.