Tamten taniec zjednał ich jak nic, co do tej pory rozjaśniłoby ich mętne życia, coś się odmieniło bezpowrotnie, a odpychanie tej koneksji należało przecież do ich obowiązków względem przyjaźni. Nie mogli sobie pozwolić na zburzenie zamku, który układali przez mnogość lat. Staż ich relacji był wszak nie byle jaki, a ona nade wszystko nie chciała spopielić tej relacji przez drgnięcia oksytocyny i przyziemnych żądz. Świętość trzymała się od niej na umowny dystans, jakby bała się podejść do absurdalnie obraźliwej osobowości; do jej przynoszenia hańby rodzinie na bankietach i krzywienia się brzydko nieomal w każdej sytuacji.
Tym razem na jej obojętnym obliczu kwitł cień uśmiechu.
– Czy nie przybiłam wtedy gwoździa na twoim ramieniu? – spytała retorycznie, starając się przywołać te mętne chwile – to, jak deptał ją po stopach i to, jak bliska mu wtedy się poczuła. Jej emocje nie mogły się równać z niczym, co przyziemne i cielesne, nigdy przecież nie była femme fatale, a uwodzenie nie należało do jej ulubionych gier – zdecydowanie wolała partie szachów.
Ilekroć przywoływała mantrę tamtego wieczoru, w jej głowie czyniło się nieposkładanie. Jakby nie była w stanie dosięgnąć dostatecznie percepcji, jego urokliwych uśmiechów i własnej, skalanej procentami głowy. Nie potrafiła przecież zdystansować się, w szczególności, gdy proscenium myśli zajmował smak jego ust.
To wspomnienie, kwitło w jej pamięci z każdą lichą wstęgą namysłu.
– Jakkolwiek sceptycznie nie byłabym nastawiona do koncepcji dzieci, to n a s z e – powiedziała to słowo z należytą emfazą, naciskiem, do którego on nie był zdolny – wyprowadzałabym na ulice Nokturnu prędzej niż na plac zabaw. Coś mi mówi, że nie jestem dobrym materiałem na matkę. Nie tylko dlatego, że brak mi jakiegokolwiek instynktu; ja po prostu jestem niewydarzoną egoistką i obawiam się, że nie przeżyłyby ze mną za długo. Brzmię jak parszywa karierowiczka – podsumowała samą siebie.
Parsknęła śmiechem w odpowiedzi na jego słowa i nieomal natychmiastowo podłapała grę.
– Ja, panie Travers, piastuję prestiżową posadę obcującej z trupami wariatki. Mam swój gabinet i prosektorium, stażystów nad którymi się znęcam oraz wybitne zdolności. Nie dość, że pracuję w zawodzie, to jeszcze jestem wspaniałym magomedykiem, a więc myślę, że mogłabym wstawić pańskie zęby po tym, jak je wybiję – rzekła tonem niebywale pompatycznym, tak jakby istotnie chciała się mu sprzedać na pierwszej randce.
– Piję tylko prosecco, ubieram się wyłącznie w jedwabne suknie i gardzę nieprawdziwymi perłami – dodała po chwili, powstrzymując się usilnie od wybuchnięcia salwą śmiechu – tego szczerego, urokliwego, który rzadko opuszczał spętany jej wargi. – Aby zdobyć moje serce należy być dżentelmenem, mieć wysoki status i zarobki, oraz obdarowywać mnie świeżymi różami. Jeśli róże, to wyłącznie czerwone, a jeśli mężczyźni, to wyłącznie z dobrego domu.
Oparła podbródek na dłoni, odbijając piłeczkę ku niemu, czekając, czy dalej pociągnie tę grę, paskudną farsę, jakby oboje byli z innych światów – jakby nie plątali się po spelunach Nokturnu, jakby nie tańczyli na nagrobku i jakby nie pili obrzydliwie dużo najprostszej ognistej.