18.02.2024, 00:05 ✶
Nie zauważył, jak duże zainteresowanie wzbudziła jego osoba w Prewettcie. Alkohol, który krążył w jego żyłach, zaciemniał mu umysł i zmysły, sprawiając, że rzeczywistość zdawała się dużo bardziej... płynna i podatna na naciski. Cieszył się jednak, że na tym etapie nocy trafił na kogoś, komu, jak sądził, mógł zaufać. Nie mieli wprawdzie okazji, by spędzić ze sobą więcej czasu na rozmowach w cztery oczu, bez wpływu obecności innych, jednak Vincent dalej był przyjacielem Brenny.
Choć znajomi i przyjaciele rodzeństwa Longbottom tworzyli szerokie i zróżnicowane kręgi towarzyskie, tak nie zawsze pokrywały się one w całości. Co najwyżej nachodziły na siebie w paru miejscach. Nie każdy przyjaciel Erika mógłby nazwać się przyjacielem Brenny i na odwrót. Z reguły, jednak gdy rzucano imię jakiegoś znajomego w rozmowie, druga strona przynajmniej kojarzyła, o kogo chodzi. Koneksje wynikające z pochodzenia też działały tu małe cuda.
— A próbowałeś oficjalnie przetestować tę teorię, czy raczej bazujesz na domysłach i nadziei? — rzucił takim tonem, jakby naprawdę chciał uwierzyć, że rzucenie palenia mogło być tak łatwe. Na pewno dzięki temu łatwiej odsunąłby na bok wątpliwości co do szybkiego popadnięcia w nałóg. Zaciągnął się papierosem. — Albo wiesz co... Nie mów mi. Przekonamy się kiedyś na własnej skórze i porównamy notatki.
Oczywiście, że martwił się o Brennę. Często wychodzono z założenia, że jego siostra była jakąś niezniszczalną istotą, która nie musiała jeść, pić i spać, a przy tym radziła sobie z każdym problemem na pstryknięcie palca. W dużej mierze Erik nie był zdziwiony tym, że Brenna zdołała wypracować sobie taki wizerunek w magicznej społeczności. Od dzieciaka wszędzie jej było pełno, jednak on się z nią wychował. Bez względu na jej umiejętności postrzegał ją jako nieco bardziej bezbronną niż była w rzeczywistości. Poza tym, gdyby on się o nią nie martwił i nie przypominał jej, że jednak jest człowiekiem jak cała reszta, mogłaby trochę przeholować.
— No to nieźle trafiłeś, kolego. — Zaśmiał się cicho. Chociaż jednej osobie się udało uniknąć tego biurokratycznego piekła. — U nas to chyba poszło w zupełnie przeciwnym kierunku.
Pół rodziny w Ministerstwie Magii; nie można było pójść na przerwę, nie ryzykując spotkania z kimś z rodziny. Nie mówiąc już nawet o spotkaniu służbowym dla całego Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nawet w okrojonym składzie przypominało to mały zjazd rodzinny, na który po prostu wezwano wsparcie. Czasem działało to na ich korzyść, a czasem wręcz przeciwnie. Trudno unikać pomówień o dostanie roboty po znajomości, pomyślał przelotnie, aż nagle wybałuszył oczy. Uniósł palec wskazujący w górę, jakby właśnie doznał olśnienia.
— Teraz już rozumiem, czemu Brenna cię lubi. Jesteście pod tym względem praktycznie tacy sami. Ona też najchętniej oddałaby mi ten zaszczyt, jakim jest kontakt z prasą — wyjaśnił, dopijając swoją wodę gazowaną. — W takim razie jego zdrowie. Oby utrzymał sępy przy sobie jak najdłużej.
Podniósł się na równe nogi, gdy Vincent postanowił wstać z miejsca.
— Na wszystko, co chowasz w zanadrzu — odparł hardo, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Zaraz jednak na jego twarz wypłynął błogi uśmiech. — Noo... Może nie licząc jakiegoś wspinania się po kolumnach na czas i bujania się na suficie... W sensie, zyrandolu.
Parkiet, spacer... Równie dobrze mogli nawet sprawdzić, czy znajomi solenizantki nie dorwali się do jakiegoś mocniejszego towaru. Zawsze mogli go... skonfiskować. Na użytek własny. Papierosów z jednej paczki już razem zasmakowali, czemu nie i innego palenia. W tym stanie Erik był w stanie przyjąć praktycznie każdą propozycję Vincenta.
Choć znajomi i przyjaciele rodzeństwa Longbottom tworzyli szerokie i zróżnicowane kręgi towarzyskie, tak nie zawsze pokrywały się one w całości. Co najwyżej nachodziły na siebie w paru miejscach. Nie każdy przyjaciel Erika mógłby nazwać się przyjacielem Brenny i na odwrót. Z reguły, jednak gdy rzucano imię jakiegoś znajomego w rozmowie, druga strona przynajmniej kojarzyła, o kogo chodzi. Koneksje wynikające z pochodzenia też działały tu małe cuda.
— A próbowałeś oficjalnie przetestować tę teorię, czy raczej bazujesz na domysłach i nadziei? — rzucił takim tonem, jakby naprawdę chciał uwierzyć, że rzucenie palenia mogło być tak łatwe. Na pewno dzięki temu łatwiej odsunąłby na bok wątpliwości co do szybkiego popadnięcia w nałóg. Zaciągnął się papierosem. — Albo wiesz co... Nie mów mi. Przekonamy się kiedyś na własnej skórze i porównamy notatki.
Oczywiście, że martwił się o Brennę. Często wychodzono z założenia, że jego siostra była jakąś niezniszczalną istotą, która nie musiała jeść, pić i spać, a przy tym radziła sobie z każdym problemem na pstryknięcie palca. W dużej mierze Erik nie był zdziwiony tym, że Brenna zdołała wypracować sobie taki wizerunek w magicznej społeczności. Od dzieciaka wszędzie jej było pełno, jednak on się z nią wychował. Bez względu na jej umiejętności postrzegał ją jako nieco bardziej bezbronną niż była w rzeczywistości. Poza tym, gdyby on się o nią nie martwił i nie przypominał jej, że jednak jest człowiekiem jak cała reszta, mogłaby trochę przeholować.
— No to nieźle trafiłeś, kolego. — Zaśmiał się cicho. Chociaż jednej osobie się udało uniknąć tego biurokratycznego piekła. — U nas to chyba poszło w zupełnie przeciwnym kierunku.
Pół rodziny w Ministerstwie Magii; nie można było pójść na przerwę, nie ryzykując spotkania z kimś z rodziny. Nie mówiąc już nawet o spotkaniu służbowym dla całego Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nawet w okrojonym składzie przypominało to mały zjazd rodzinny, na który po prostu wezwano wsparcie. Czasem działało to na ich korzyść, a czasem wręcz przeciwnie. Trudno unikać pomówień o dostanie roboty po znajomości, pomyślał przelotnie, aż nagle wybałuszył oczy. Uniósł palec wskazujący w górę, jakby właśnie doznał olśnienia.
— Teraz już rozumiem, czemu Brenna cię lubi. Jesteście pod tym względem praktycznie tacy sami. Ona też najchętniej oddałaby mi ten zaszczyt, jakim jest kontakt z prasą — wyjaśnił, dopijając swoją wodę gazowaną. — W takim razie jego zdrowie. Oby utrzymał sępy przy sobie jak najdłużej.
Podniósł się na równe nogi, gdy Vincent postanowił wstać z miejsca.
— Na wszystko, co chowasz w zanadrzu — odparł hardo, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Zaraz jednak na jego twarz wypłynął błogi uśmiech. — Noo... Może nie licząc jakiegoś wspinania się po kolumnach na czas i bujania się na suficie... W sensie, zyrandolu.
Parkiet, spacer... Równie dobrze mogli nawet sprawdzić, czy znajomi solenizantki nie dorwali się do jakiegoś mocniejszego towaru. Zawsze mogli go... skonfiskować. Na użytek własny. Papierosów z jednej paczki już razem zasmakowali, czemu nie i innego palenia. W tym stanie Erik był w stanie przyjąć praktycznie każdą propozycję Vincenta.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞