18.02.2024, 00:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 00:14 przez Samuel McGonagall.)
Westchnął, skupiony na kolejnej desce.
– Moja matka pod koniec tyle spędzała czasu w ptasiej formie, że widziałem... przyruchy, to jak obracała głowę, żeby na mnie spojrzeć, choć przecież nie musiała tego robić... A ja... nie wiem, mam trochę wrażliwy nos, czasem zapominam się, że nie mogę ot tak przerzucić obalonego drzewa. I lubię miód. Bardzo. Najlepiej taki z kawałkami wosku. – mimowolnie oblizał się, osładzając sobie wspomnienia pełne gorczycy. – Ale pilnuję... balansu. Nie mogę znikać na tygodnie, kiedy nie ma kto się zająć Białką i Miłką. Bo Corgi sobie poradzi, ale kozy... Niedojone mogą zachorować, a tego byśmy nie chcieli, prawda? – dokończył zdanie kierując je do Ponuraka, który cały czas grawitował wokół nich, cały czas im towarzyszył.
– Ach woda, czasem, ale bardzo rzadko żałuję, że nie przyjmuję postaci jakiejś ryby. Bardzo ciekawi mnie to, jak wygląda przestrzeń jeziora bliżej dna. Chociaż... Wyobrażasz, sobie jak w lesie przychodzi mi mierzyć się na bary z centaurem, przemieniam się a tu... taki łosoś walczący o życie? Jeśzcze gdybym był sążnistym wężem morskim, albo krakenem! Ach, to miałbym używanie. Ale karp? Bez szans. – zaśmiał się, nie wspominając o tym, że ma dziedzictwo McGonagallów we krwi, które pozwalałoby mu mieć tylko skrzela, pozwalałoby mu mieć tylko ogon, pozwoliłoby mu porozumieć się z syrenami... Tak samo nie mówił nic o krogulcu, bo przysiągł, że nie będzie o tym mówić. To miało być wyjście awaryjne, z dala od znienawidzonego przez rodziców Systemu.
Opowieści o miejscu, które przynosi bezpieczeństwo i spokój, przywodziły mu na myśl jedyne słuszne skojarzenie. Podparł się na moment, ścierając przedramieniem pot z czoła. – Cóż... teraz dla mnie takim miejscem jest wnętrze niedźwiedziego futra. Teraz, kiedy nie mogę być w Kniei. – zamyślił się, po czym zaśmiał sam do siebie i pokiwał głową z niedowierzaniem –... ale kilka dni temu jak poszedłem rozprostować kości na wrzosowiska, to przeraziłem jednego maga... bardzo przeraziłem, no i teraz... cóż. Teraz nie wiem, co by musiało się stać, żebym się przemienił przy ludziach. Musiałbym być bardzo przyparty do muru – przyznał, samemu odsłaniając w rozmowie swój przysłowiowo miękki brzuch.
Nagle zdał sobie sprawę, że poczuł przez moment tę samą sztywność w barkach, niezręczność, jakieś zwątpienie. Wypuścił z siebie nieświadomie wstrzymywany oddech, w myślach odtwarzał słowa, które Erik powiedział do niego przed momentem.
– Czy Ty mówiąc o tych rybach, czy Ty mnie zaprosiłeś? Tak prywatnie? Chcesz się ze mną zobaczyć poza... mmm... poza Warownią? – jego brwi niemalże złączyły się ze sobą, a czoło zmarszczyło jak tafla jeziora od naporem burzowego wiatru. – Czemu chcesz się ze mną widzieć w wolnym czasie, przecież jestem dla Ciebie... mm... – spojrzał na strug, który miał w ręce, na swój worek z narzędziami. A potem spojrzał pytająco, na szczerą i jakże życzliwą od początku ich spotkania twarz rozmówcy.
– Moja matka pod koniec tyle spędzała czasu w ptasiej formie, że widziałem... przyruchy, to jak obracała głowę, żeby na mnie spojrzeć, choć przecież nie musiała tego robić... A ja... nie wiem, mam trochę wrażliwy nos, czasem zapominam się, że nie mogę ot tak przerzucić obalonego drzewa. I lubię miód. Bardzo. Najlepiej taki z kawałkami wosku. – mimowolnie oblizał się, osładzając sobie wspomnienia pełne gorczycy. – Ale pilnuję... balansu. Nie mogę znikać na tygodnie, kiedy nie ma kto się zająć Białką i Miłką. Bo Corgi sobie poradzi, ale kozy... Niedojone mogą zachorować, a tego byśmy nie chcieli, prawda? – dokończył zdanie kierując je do Ponuraka, który cały czas grawitował wokół nich, cały czas im towarzyszył.
– Ach woda, czasem, ale bardzo rzadko żałuję, że nie przyjmuję postaci jakiejś ryby. Bardzo ciekawi mnie to, jak wygląda przestrzeń jeziora bliżej dna. Chociaż... Wyobrażasz, sobie jak w lesie przychodzi mi mierzyć się na bary z centaurem, przemieniam się a tu... taki łosoś walczący o życie? Jeśzcze gdybym był sążnistym wężem morskim, albo krakenem! Ach, to miałbym używanie. Ale karp? Bez szans. – zaśmiał się, nie wspominając o tym, że ma dziedzictwo McGonagallów we krwi, które pozwalałoby mu mieć tylko skrzela, pozwalałoby mu mieć tylko ogon, pozwoliłoby mu porozumieć się z syrenami... Tak samo nie mówił nic o krogulcu, bo przysiągł, że nie będzie o tym mówić. To miało być wyjście awaryjne, z dala od znienawidzonego przez rodziców Systemu.
Opowieści o miejscu, które przynosi bezpieczeństwo i spokój, przywodziły mu na myśl jedyne słuszne skojarzenie. Podparł się na moment, ścierając przedramieniem pot z czoła. – Cóż... teraz dla mnie takim miejscem jest wnętrze niedźwiedziego futra. Teraz, kiedy nie mogę być w Kniei. – zamyślił się, po czym zaśmiał sam do siebie i pokiwał głową z niedowierzaniem –... ale kilka dni temu jak poszedłem rozprostować kości na wrzosowiska, to przeraziłem jednego maga... bardzo przeraziłem, no i teraz... cóż. Teraz nie wiem, co by musiało się stać, żebym się przemienił przy ludziach. Musiałbym być bardzo przyparty do muru – przyznał, samemu odsłaniając w rozmowie swój przysłowiowo miękki brzuch.
Nagle zdał sobie sprawę, że poczuł przez moment tę samą sztywność w barkach, niezręczność, jakieś zwątpienie. Wypuścił z siebie nieświadomie wstrzymywany oddech, w myślach odtwarzał słowa, które Erik powiedział do niego przed momentem.
– Czy Ty mówiąc o tych rybach, czy Ty mnie zaprosiłeś? Tak prywatnie? Chcesz się ze mną zobaczyć poza... mmm... poza Warownią? – jego brwi niemalże złączyły się ze sobą, a czoło zmarszczyło jak tafla jeziora od naporem burzowego wiatru. – Czemu chcesz się ze mną widzieć w wolnym czasie, przecież jestem dla Ciebie... mm... – spojrzał na strug, który miał w ręce, na swój worek z narzędziami. A potem spojrzał pytająco, na szczerą i jakże życzliwą od początku ich spotkania twarz rozmówcy.