18.02.2024, 00:56 ✶
Flynn na moment przestał przeżuwać, wpatrując się w nią nieco zbity z tropu... Nie rozumiał do końca, dlaczego pytała go o jakość, przecież mógłby po lokalizacji domyślić się tylko stanu jej majętności, dopiero później dotarło do niego, że właśnie o to jej chodziło... Tak, był panem mądralińskim, ale mądralińskość Flynna nie była idealna - trybiki najszybciej kręciły się wtedy, kiedy przebywał w samotności. W cztery oczy - już lepiej, ale to jeszcze nie to. Tutaj?
Tutaj już zaczynał się pocić.
- Jakości? - Powtórzył po przełknięciu. - Nie. - Nie, no oczywiście, że nie. - Ale wiem, ile kosztują tutaj lokale. Musisz być albo zajebiście dzianym człowiekiem, albo mieć sklep tak stary jak Ollivanderowie, a oni strugali te różdżki, zanim Londyn w ogóle istniał. Znam nazwisko Figg - bo wiedział o świecie naprawdę dużo, nawet jeżeli gdzieś miał jakieś zagubione kiciusie - i to nie jest bogata rodzina. Albo dorobiłaś się tego, bo ludzie chcą od ciebie kupować, albo dostałaś dużą pożyczkę, a to znaczy, że uwierzył w ciebie bank, a może raczej jego przedstawiciel. - Banki nie pożyczały pieniędzy komuś, kto nie był wypłacalny. One chciały zarabiać i spijać śmietanę z cudzych sukcesów. - Opcjonalnie nie chcesz wpuścić mnie do kuchni, bo to przykrywka czegoś nielegalnego, ale nikt o zdrowych zmysłach nie wybrałby do tego akurat Pokątnej - wymieniał dalej - albo... masz dzianych znajomych. Zaryzykowałem założenie, że po prostu dobrze ci idzie.
Bo się tym chwaliła i jej zależało. Nie siedział tutaj też sam. Miała pracownika.
- Wcale. - Ale więcej nie powiedział, bo gdyby miał powiedzieć jej, dlaczego nie przeszkadzało mu ani puszenie się, ani dogadzanie mu, ani gapienie się na niego kiedy jadł - musiałby opowiedzieć o sobie coś osobistego. Coś o wiele bardziej osobistego niż to, że miał siostrę i mieszkał długo w stolicy. Musiałby obnażyć się ze swojego najskrytszego, a jednocześnie najbardziej płomiennego pragnienia bycia podziwianym, bezgranicznie uwielbianym, tak do bólu. Tu nie chodziło rozpoznawalność ani uznanie. On i tak wolał ciszę i spokój, samotne przesiadywanie nad stawem, bycie tłem do tego, co działo się wokół. Ale nie istniała lepsza miłość niż obsesja. Wpatrywanie się w oczy swoich chłopaków i widzenie w nich tego, że on był dla nich słońcem, a oni słonecznikami zawsze obróconymi główką w jego kierunku doprowadzało go do prawdziwej ekstazy. To było nawet lepsze niż ciasteczka, a każdy, kto go znał wiedział, że gdyby inni nie zmuszali go do podejmowania rozsądniejszych decyzji, łakocie byłyby jedynym elementem jego diety. - A te słodycze smakują zajebiście. - Miała rację mówiąc, że będzie przychodził tu częściej - życie Flynna było nieustannym poszukiwaniem przyjemności i karaniem się za to, że wreszcie udało mu się je posiąść.
Tutaj już zaczynał się pocić.
- Jakości? - Powtórzył po przełknięciu. - Nie. - Nie, no oczywiście, że nie. - Ale wiem, ile kosztują tutaj lokale. Musisz być albo zajebiście dzianym człowiekiem, albo mieć sklep tak stary jak Ollivanderowie, a oni strugali te różdżki, zanim Londyn w ogóle istniał. Znam nazwisko Figg - bo wiedział o świecie naprawdę dużo, nawet jeżeli gdzieś miał jakieś zagubione kiciusie - i to nie jest bogata rodzina. Albo dorobiłaś się tego, bo ludzie chcą od ciebie kupować, albo dostałaś dużą pożyczkę, a to znaczy, że uwierzył w ciebie bank, a może raczej jego przedstawiciel. - Banki nie pożyczały pieniędzy komuś, kto nie był wypłacalny. One chciały zarabiać i spijać śmietanę z cudzych sukcesów. - Opcjonalnie nie chcesz wpuścić mnie do kuchni, bo to przykrywka czegoś nielegalnego, ale nikt o zdrowych zmysłach nie wybrałby do tego akurat Pokątnej - wymieniał dalej - albo... masz dzianych znajomych. Zaryzykowałem założenie, że po prostu dobrze ci idzie.
Bo się tym chwaliła i jej zależało. Nie siedział tutaj też sam. Miała pracownika.
- Wcale. - Ale więcej nie powiedział, bo gdyby miał powiedzieć jej, dlaczego nie przeszkadzało mu ani puszenie się, ani dogadzanie mu, ani gapienie się na niego kiedy jadł - musiałby opowiedzieć o sobie coś osobistego. Coś o wiele bardziej osobistego niż to, że miał siostrę i mieszkał długo w stolicy. Musiałby obnażyć się ze swojego najskrytszego, a jednocześnie najbardziej płomiennego pragnienia bycia podziwianym, bezgranicznie uwielbianym, tak do bólu. Tu nie chodziło rozpoznawalność ani uznanie. On i tak wolał ciszę i spokój, samotne przesiadywanie nad stawem, bycie tłem do tego, co działo się wokół. Ale nie istniała lepsza miłość niż obsesja. Wpatrywanie się w oczy swoich chłopaków i widzenie w nich tego, że on był dla nich słońcem, a oni słonecznikami zawsze obróconymi główką w jego kierunku doprowadzało go do prawdziwej ekstazy. To było nawet lepsze niż ciasteczka, a każdy, kto go znał wiedział, że gdyby inni nie zmuszali go do podejmowania rozsądniejszych decyzji, łakocie byłyby jedynym elementem jego diety. - A te słodycze smakują zajebiście. - Miała rację mówiąc, że będzie przychodził tu częściej - życie Flynna było nieustannym poszukiwaniem przyjemności i karaniem się za to, że wreszcie udało mu się je posiąść.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.