Cienie lubią wkradać się tam, gdzie światło nie dociera i psocić, podsyłając niechciane myśli. Czerpią z tego rozkosz, bo, ah... a nóż wydarzy się najgorsze. Na takie scenariusze trzeba być przygotowanym, a schemat postępowania w tym wypadku tworzył się naprędce. Tyle że życie ma własne cienie i odblaski światła, których przewidzieć się nie da. Tak, jak ta... kłótnia? To była kłótnia? Zwykłe nieporozumienie. Jakiś zgrzyt pomiędzy nimi, bo nadepnięto właśnie na cień, który padał z ich obu. Ich lęki były podobne, ale te lęki to nie dementorzy, którzy wysysają szczęście, ani też nie bogginy, które można zamienić w śmiech. Dlaczego? Bo jak dotąd nie zmaterializowały się jeszcze i nie przybrały postaci groźnego przeciwnika. To cień, a cień łatwo można rozproszyć. W teorii... To tylko durne listy. Nic więcej. Listy, które ruszyły jakieś głęboko zakorzenione coś. Strach przed schrzanieniem tego, co dopiero kwitło. Przewodnienie, zasuszenie — błąd ogrodnika.
Nie zmieniało to jednak faktu, że sprzeczka była niepotrzebna, a Kayden nie lubił truć sobie myśli rzeczami niepotrzebnymi. Gdyby było inaczej, marnowałby właśnie ręce nad pustymi płótnami matki, albo gubił się w słowie pisanym. Tylko prawdziwi artyści zamieniają cierpienie w prawdziwą sztukę, a że artystą nie był, sztukę wolał zostawić komuś, kto się na tym znał. - To głupie. - Wymsknęło mu się ciche podsumowanie, kiedy przecierał skronie i mógłby się nawet zaśmiać, ale nie było mu jakoś do śmiechu. Uniósł brwi ze zrezygnowaną miną. - Masz rację... nie ma po co tego teraz roztrząsać. Chociaż szkoda, że listy jednak nie docierały... - Kącik ust mu zadrżał, kiedy wbił lekko nieobecny wzrok w podłogę. - Wysłałem ci zdjęcie z wyścigów abraksanów w Tuluzie... - Westchnął cicho, bo łutem szczęścia akurat załapał się na jakieś finały, o których tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, a na które poszedł właściwie głównie ze względu na Laurenta. Żeby mieć o czym pisać w liście... który zaginął. Kurwa, przypadkiem.
Puszki pandory się nie otwiera w całości, kiedy we wnętrzu coś buzuje. Wiedział od razu, że sprawa, którą poruszył, była delikatna. Paradoksalnie po tym zdawkowym tonie, który już zresztą wcześniej słyszał u blondyna. Taki rzucony od niechcenia, jakby był nieistotny, choć waga słów była jak kowadło na plecy. Kayden zamrugał, jakby to, co zostało właśnie powiedziane, dotarło z lekkim opóźnieniem. Aha, no tak, śmierciożercy... Pewnie, co tam, dzień jak codzień. - Śmierciożercy. - Powtórzył szeptem, jakby zapisywał fakty na kartce papieru, tak naprawdę będąc myślami daleko. Zimno mu się zrobiło. - W New Forest. - Zmarszczył brwi, przegryzając lekko wargę. Dostrzegł grymas na twarzy mężczyzny i tak naprawdę walczył teraz z sobą, by nie drążyć tematu głębiej. We wnętrzu targała nim frustracja. Denerwowało go to... Denerwowało go to, że był nieobecny. Znowu. Dlaczego tak trudno było mu podjąć właściwe decyzje? Nabrał cicho powietrza w usta, chcąc zapytać, ale rozmyślił się. Potem poruszył wargami, ale odwrócił wzrok i je przegryzł ponownie. W rezultacie wyglądał jak złota rybka, która nie wie, co ma powiedzieć, nie mogąc tak naprawdę powiedzieć niczego. - Jesteś... jesteś cały? - Zapytał tylko, jakby z ust rybki jednak poleciały te bąbelki powietrza, które polecieć musiały.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)