18.02.2024, 05:21 ✶
Dora dbała o swój ogródek regularnie, w sumie traktując go niemal jak swoje dziecko. Była to prawda ogólnie znana mieszkańcom posiadłości, którzy szanowali ten stan rzeczy na tyle, by nie mieszać się w jej działalność, jeśli nie znali się w odpowiednim stopniu na zielarstwie. Bo zagonki Crawley nie miały w sobie tylko tych powszechnych, nawet mugolom znanych roślin, ale także te całkiem magiczne, które również wykorzystywane do bardziej skomplikowanych eliksirów czy maści.
Jedyną osobą, która miała ciche pozwolenie na dotykanie tego wszystkiego bez pytania, był Frank, który zakochany był w zielonych maluczkich tak samo jak Dora. Ten sam Frank, który tego samego dnia rano stanął przed nią w kuchni i wytłumaczył, że nie wie co się dzieje, ale nie było to nic dobrego, bo chwasty sięgały już prawie do kolan.
I prawdę powiedziawszy, to Dora także nie miała bladego pojęcia od czego to się brało. Czy od obfitych deszczów, jakie nawiedzały ich ostatnio, czy może był to wynik magii, sunącej gdzieś w ziemi jako pokłosie Beltane. Ta wersja akurat nieco ją napawała niepokojem, bo nawet jeśli zapewniała szybki wzrost, to czy na tym miała poprzestać?
Dlatego też, kiedy tylko zjadła śniadanie, wpakowała do pudełka parę rzeczy, które uznała za konieczne i ruszyła w stronę swoich grządek. Po lipcowym incydencie z psami, dali radę postawić już nowy płotek, ale oprócz tego Menodora postanowiła obłożyć miejsce zaklęciem, które miało odstraszać psy. Zwyczajnie zniechęcało je do zbliżania się do miejsce, nie robiąc im przy tym żadnej krzywdy, dokładnie tak samo jak działały zaklęcia odstraszające na mugole. Dzięki temu młoda zielarka mogła spać spokojnie, nie przejmując się tym, że znowu rankiem przeczyta list od Brenny, który wstrząśnie całym jej roślinnym światem.
Zabrała rękawice, zabrała środki na chwasty, które sama warzyła, no i też jakieś malutkie grabki czy sekator, gotowa w sumie przy okazji zebrać gotowe okazy, potrzebne na nowe zamówienie, które otrzymała poranną sową. I tak uzbrojona właśnie, znalazła się wreszcie przy swoim ogródku, zastając w nim gościa.
- Nie, nie, nie! - krzyknęła nagle, widząc jak mężczyzna sięga dłonią między zagonki. - Nie, nie, tam są jadowite! - upuściła te skrzynkę na ziemię, robiąc przy tym trochę huku i rzucając się do przodu jak opętana.
Jedyną osobą, która miała ciche pozwolenie na dotykanie tego wszystkiego bez pytania, był Frank, który zakochany był w zielonych maluczkich tak samo jak Dora. Ten sam Frank, który tego samego dnia rano stanął przed nią w kuchni i wytłumaczył, że nie wie co się dzieje, ale nie było to nic dobrego, bo chwasty sięgały już prawie do kolan.
I prawdę powiedziawszy, to Dora także nie miała bladego pojęcia od czego to się brało. Czy od obfitych deszczów, jakie nawiedzały ich ostatnio, czy może był to wynik magii, sunącej gdzieś w ziemi jako pokłosie Beltane. Ta wersja akurat nieco ją napawała niepokojem, bo nawet jeśli zapewniała szybki wzrost, to czy na tym miała poprzestać?
Dlatego też, kiedy tylko zjadła śniadanie, wpakowała do pudełka parę rzeczy, które uznała za konieczne i ruszyła w stronę swoich grządek. Po lipcowym incydencie z psami, dali radę postawić już nowy płotek, ale oprócz tego Menodora postanowiła obłożyć miejsce zaklęciem, które miało odstraszać psy. Zwyczajnie zniechęcało je do zbliżania się do miejsce, nie robiąc im przy tym żadnej krzywdy, dokładnie tak samo jak działały zaklęcia odstraszające na mugole. Dzięki temu młoda zielarka mogła spać spokojnie, nie przejmując się tym, że znowu rankiem przeczyta list od Brenny, który wstrząśnie całym jej roślinnym światem.
Zabrała rękawice, zabrała środki na chwasty, które sama warzyła, no i też jakieś malutkie grabki czy sekator, gotowa w sumie przy okazji zebrać gotowe okazy, potrzebne na nowe zamówienie, które otrzymała poranną sową. I tak uzbrojona właśnie, znalazła się wreszcie przy swoim ogródku, zastając w nim gościa.
- Nie, nie, nie! - krzyknęła nagle, widząc jak mężczyzna sięga dłonią między zagonki. - Nie, nie, tam są jadowite! - upuściła te skrzynkę na ziemię, robiąc przy tym trochę huku i rzucając się do przodu jak opętana.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.