Było w niej coś, co stanowiło żywe świadectwo kruchości; jej trzepot jasnych rzęs, powolne osuwanie membrany powiek, wyginanie ust w przyjemny dla oka, acz czysty i dziewczęcy sposób – zupełnie, jakby była jeszcze nieskalana, nie dotknięta do żywego butnością świata. Leśna nimfa, o lokach spętanych, opadających nieskładnie na ramiona, buzi alabastrowej, ustach różanych i wielkich, zionących falami błękitu oczach. Nie była jeszcze splugawiona, nie znała słodkiego smaku grzechu i goryczy jego następstwa – zamiast tego, lawirowała między tymi przeklętymi seansami spirytystycznymi w odmętach łazienek, bo duchów bała się mniej, niż ludzi. Alastor zawsze jej powtarzał, że powinna uważać; że niejedni będą chcieli wykorzystać czystość i prostotę jej duszy.
Była w końcu niebagatelnie sobą; nie znała jeszcze smaku ułudy i fałszu, tych wszystkich zawiłych gier, w które ubierali się bogacze i ci cool kids. Nie potrzebowała tego, nie chciała wiedzieć, jak pachnie kłamstwo i jaki smak nosi na sobie brutalność i bezwzględność. Wciąż krucha i dziewczęca, nie potrafiła stanąć twardo na ziemi, balansując gdzieś ponad arkanami chmur, chodząc po cienkiej lince, która chroniła ją od zatracenia.
Bo jak na czternastolatkę, Effimery miała w sobie sporą dozę autorefleksji. Zbyt chora i znudzona samotnością, szukała towarzystwa tam, gdzie nie powinna. Możliwe, że właśnie jego ramiona były tym, czego dotykać nie powinna; jednocześnie pachniał tak słodko…
Przywarta do ściany, wzięła głęboki wdech.
Nie była gotowa na swój pierwszy pocałunek; nie potrafiła sobie go nawet wyobrazić, nie spodziewała się jednak, że zajdzie tak szybko i z tak specjalną osobą. Wiedziała przecież, że dziewczęta z jej dormitorium wzdychają do Lestrange’a, do jego butności, arogancji i absolutnej pewności siebie. Sam fakt, iż to on miał złożyć na jej ustach wieczystą obietnicę – zapamięta wszak ten moment na rozciągłość tych przebiśniegów wychylających się ponad masyw śniegu w przedwiośniu.
Pachniał papierosami, wodą kolońską i zakazanym.
Zarzuciła mu ramiona na barki, tak jakby wiedziała, co robi. W istocie rzeczy, smak jego ust przerósł ją wielokroć – nogi zadrżały, gdy docisnął wargi do jej. Smakował słodko i niebezpiecznie, a im bliżej do niego przywierała, tym więcej niepoprawnych myśli rozlewało się we wnętrzu.
– Są dziewczyny, które byłyby gotowe zabić za twój pocałunek. Czemu, na boga, czemu – powtórzyła wielokrotnie, nie będąc w stanie wyartykułować sensownego zdania.
Dopiero gdy odsunął się, oparła dłoń na jednej z umywalek, biorąc głęboki wdech. Na poziomie świadomości, wciąż nie docierało do niej, co właśnie zaszło – wiedziała jednak, że w umyśle nieskalanym ta sytuacja odbije się sowitym piętnem.
Coś ją załaskotało w brzuchu.