18.02.2024, 13:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 13:56 przez Brenna Longbottom.)
To nawet nie było bycie służbistką. To była jej natura. Chociaż swoje robił fakt, że po prostu ona była z Brygady, a oni z DT - mieli większą wiedzę od niej, ale mniej doświadczenia w unikach przed morderczymi zaklęciami. Nie upierałaby się tak, gdyby obok była Mavelle czy Millie.
A nie mówiłam?
Oczywiście, że m ó w i ł a. Ale Lestrange nie musiał się martwić, że te słowa usłyszy, bo Brenna wypowiadała je zwykle głównie do swojego brata i to w żartobliwym tonie - ani myślała potem powtarzać Niewymownym, że patrzcie, mnie to nie rozjebało głowy, a wam może i by rozwaliło.
- Szlag - wyrzuciła z siebie jedynie, ledwo znalazła się znów na pozycji bezpiecznej przed zaklęciami, zamiast tej słynnej maksymy, którą tak przyjemnie wypowiadać, i tak nieprzyjemnie słyszeć. W tej chwili najbardziej prawdopodobne zdawało się jej, że choć zgłoszenie traktowało o jednej osobie, to chociaż napaści na mugoli dokonał jeden człowiek, w samym domu przebywała druga osoba. I zanim ona i Apollo zdołali dostać się do środka, w walce z jednym z mężczyzn, druga przeszła przez przejście w piwnicy - może uszkadzając je za sobą, odcinając towarzysza, ale i Brygadę? A że złapany przez nich człowiek był zupełnie pomylony, nie nadawał się do przesłuchania, to musiało zostać przeprowadzone w Lecznicy Dusz.
Obróciła się gwałtownie, kiedy Lestrange wspomniał o dywanie. Jaki dywan, do cholery?! Zdążyła jeszcze kątem oka wyłapać, jak ten się porusza, w jej stronę, jakby chciał któreś z nich – albo wszystkich – pochwycić – by po chwili przestać, kiedy Rudolphus rzucił zaklęcie rozpraszające, a chwilę później wujek w jakiś sposób zamroził tę dywanową pułapkę.
– Naszego złapaliśmy. Musiał być ktoś jeszcze – powiedziała, krótko, nie wdając się w teraz w dalsze dywagacje na ten temat, bo skoro tamten właśnie szykował pułapkę, to nie mieli na to czasu. – Odwrotność wyjścia? Chodzi ci o przestawione drzwi? Czy o to, że skoro weszliśmy piwnicą, wyjdziemy strychem? Zresztą, na razie nieważne. Jeden rozbraja pułapkę, drugi go atakuje, ja idę pierwsze i ściągam na siebie jego zaklęcia? – zaproponowała, błyskawicznie rozważając dostępne opcje. Bo w tej chwili musieli przede wszystkim spróbować dorwać tego gościa, a Lestrange miał rację. Tamten z góry miał na nich lepszy widok, mógł chronić się zza balustradą albo zza framugą i stamtąd rzucać czary, a jeżeli ktoś spróbuje dostać się do niego, pułapka na schodach, której nie mieli prawa się spodziewać (w końcu posiadanie profety, który przejrzy twoje intencje, było jednak rzadkością) załatwiłaby sprawę.
Ich trójka miała jednak taką przewagę, że no…
Była ich właśnie trójka. Może ona uważała Lestrange'a za dziwnego, on ją za wariatkę, a wobec Morpheusa był ostrożny, bo ten był Longbottomem, ale łączył ich wspólny interes: wszyscy chcieli wyjść stąd w jednym kawałku i nie tłumaczyć przełożonym, jak to doszło do tego, że kogoś zgubili po drodze.
Zerknęła krótko na mężczyzn, bo najchętniej zaczęłaby działać już teraz, ale może któryś z nich miał jakiś lepszy plan. (Taki nie obejmujący żadnego z nich idącego przodem, bo tu czekałaby ich tylko kolejna kłótnia albo straciłaby cierpliwość i po prostu tam wysforowała dokładnie tak, jak chciała na początku…)
A nie mówiłam?
Oczywiście, że m ó w i ł a. Ale Lestrange nie musiał się martwić, że te słowa usłyszy, bo Brenna wypowiadała je zwykle głównie do swojego brata i to w żartobliwym tonie - ani myślała potem powtarzać Niewymownym, że patrzcie, mnie to nie rozjebało głowy, a wam może i by rozwaliło.
- Szlag - wyrzuciła z siebie jedynie, ledwo znalazła się znów na pozycji bezpiecznej przed zaklęciami, zamiast tej słynnej maksymy, którą tak przyjemnie wypowiadać, i tak nieprzyjemnie słyszeć. W tej chwili najbardziej prawdopodobne zdawało się jej, że choć zgłoszenie traktowało o jednej osobie, to chociaż napaści na mugoli dokonał jeden człowiek, w samym domu przebywała druga osoba. I zanim ona i Apollo zdołali dostać się do środka, w walce z jednym z mężczyzn, druga przeszła przez przejście w piwnicy - może uszkadzając je za sobą, odcinając towarzysza, ale i Brygadę? A że złapany przez nich człowiek był zupełnie pomylony, nie nadawał się do przesłuchania, to musiało zostać przeprowadzone w Lecznicy Dusz.
Obróciła się gwałtownie, kiedy Lestrange wspomniał o dywanie. Jaki dywan, do cholery?! Zdążyła jeszcze kątem oka wyłapać, jak ten się porusza, w jej stronę, jakby chciał któreś z nich – albo wszystkich – pochwycić – by po chwili przestać, kiedy Rudolphus rzucił zaklęcie rozpraszające, a chwilę później wujek w jakiś sposób zamroził tę dywanową pułapkę.
– Naszego złapaliśmy. Musiał być ktoś jeszcze – powiedziała, krótko, nie wdając się w teraz w dalsze dywagacje na ten temat, bo skoro tamten właśnie szykował pułapkę, to nie mieli na to czasu. – Odwrotność wyjścia? Chodzi ci o przestawione drzwi? Czy o to, że skoro weszliśmy piwnicą, wyjdziemy strychem? Zresztą, na razie nieważne. Jeden rozbraja pułapkę, drugi go atakuje, ja idę pierwsze i ściągam na siebie jego zaklęcia? – zaproponowała, błyskawicznie rozważając dostępne opcje. Bo w tej chwili musieli przede wszystkim spróbować dorwać tego gościa, a Lestrange miał rację. Tamten z góry miał na nich lepszy widok, mógł chronić się zza balustradą albo zza framugą i stamtąd rzucać czary, a jeżeli ktoś spróbuje dostać się do niego, pułapka na schodach, której nie mieli prawa się spodziewać (w końcu posiadanie profety, który przejrzy twoje intencje, było jednak rzadkością) załatwiłaby sprawę.
Ich trójka miała jednak taką przewagę, że no…
Była ich właśnie trójka. Może ona uważała Lestrange'a za dziwnego, on ją za wariatkę, a wobec Morpheusa był ostrożny, bo ten był Longbottomem, ale łączył ich wspólny interes: wszyscy chcieli wyjść stąd w jednym kawałku i nie tłumaczyć przełożonym, jak to doszło do tego, że kogoś zgubili po drodze.
Zerknęła krótko na mężczyzn, bo najchętniej zaczęłaby działać już teraz, ale może któryś z nich miał jakiś lepszy plan. (Taki nie obejmujący żadnego z nich idącego przodem, bo tu czekałaby ich tylko kolejna kłótnia albo straciłaby cierpliwość i po prostu tam wysforowała dokładnie tak, jak chciała na początku…)
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.