18.02.2024, 13:34 ✶
Brenna była zwykła miła dla innych, chociaż to nie tak, że złośliwości nigdy nie opuszczały jej ust – rzucała je często choćby do brata czy jeszcze chętniej do Vincenta, ot rzadko były podszyte prawdziwie złą wolą. Bohater też, niestety, był z niej żaden: była raczej żołnierzem z mocnym poczuciem obowiązku niż prawdziwym herosem.
Tacy jak ona torowali drogę wybrańcom albo ginęli gdzieś po cichu na trzecim planie, żeby prawdziwy bohater historii mógł przebiec obok ich ciała, którego obecność dodawała opisowi sceny dramatyzmu.
– Zraniłeś mnie dogłębnie – westchnęła z udawanym smutkiem, a potem zamyśliła się na jego pytanie.
Bo odpowiedź wcale nie była taka prosta.
Brenna była naprawdę bardzo dobra z transmutacji i dlatego nie miała oporów zmienić włosów. Mogłaby zmienić sobie całą twarz i nic by nie „puściło” w złym momencie. Ale to nie tak, że jakoś ogólnie była wybitną czarodziejką (no dobrze, w jednej dziedzinie, do czego się nie przyznawała) i jej umiejętności zauroczenia były raczej… mizerne. Policjant z dużym prawdopodobieństwem był jednak faktycznie szowinistą, a przynajmniej będzie odruchowo oczekiwał, że to mężczyzna będzie mówić.
– Cholera wie, nie zdążyłam zebrać informacji, ale że w policji pracuje dużo więcej mężczyzn, pewnie wolałby rozmawiać z tobą… Rzucamy monetą na to, kto gada – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, uznając zdanie się na los za równie dobrą metodę ustalenia, kto zaczyna rozmowę, jak każda inna. I najmniej czasochłonną, a nie chciała marnować czasu. – Awers czy rewers? – zapytała, wydobywając z kieszeni sykla, a potem podrzucając monetę w górę.
Srebro zabłysło, chwytając zabłąkany promień słońca i opadło na awersie.
*
Dwie minut później stali przed drzwiami Larka. Brenna uderzyła w drzwi, dość mocno, ustawiając się nieco przed Aidanem – tak, aby ułatwić mu wyciągnięcie różdżki. Drzwi uchyliły się lekko po kilku sekundach.
Policjant był w średnim wieku – na oko parę lat po czterdziestce. Miał twarz pobrużdżoną pierwszymi zmarszczkami, ciemne włosy zaczynały siwieć. Utkwił w Brennie bardzo uważne spojrzenie czarnych oczu, a coś w jego postawie, w sposobie, w jaki trzymał ręce, sugerowało Bren, że prawdopodobnie poza zasięgiem ich wzroku ukrywał broń.
Paranoja?
A może miał powody do obaw?
Powinna się może zaniepokoić – mugolski pocisk mógł ją zabić równie skutecznie jak avada. Ale może trochę za mało bała się mugoli, a może po prostu nie wierzyła, że ten zacznie strzelać na klatce schodowej.
– Leon Lark? – zapytała, po czym nie czekając na odpowiedź uniosła legitymację, podsuwając mu ją prawie pod nos. – Brenda Stone. Chcielibyśmy porozmawiać z panem o sprawie niejakiej Mary Reed.
Mężczyzna mrugnął, wyraźnie zaskoczony, przeniósł nieco podejrzliwe spojrzenie na Aidana, a potem znowu na legitymację: jakby wietrzył jakiś podstęp.
– Dlaczego mielibyście interesować się sprawą Mary?
– Chodzi o jednego z jej klientów. Może porozmawiamy o tym w środku, panie Lark? – spytała, obdarzając go uśmiechem. – Przykro mi, że nachodzimy pana w domu, ale to sprawa nie cierpiąca zwłoki.
Tacy jak ona torowali drogę wybrańcom albo ginęli gdzieś po cichu na trzecim planie, żeby prawdziwy bohater historii mógł przebiec obok ich ciała, którego obecność dodawała opisowi sceny dramatyzmu.
– Zraniłeś mnie dogłębnie – westchnęła z udawanym smutkiem, a potem zamyśliła się na jego pytanie.
Bo odpowiedź wcale nie była taka prosta.
Brenna była naprawdę bardzo dobra z transmutacji i dlatego nie miała oporów zmienić włosów. Mogłaby zmienić sobie całą twarz i nic by nie „puściło” w złym momencie. Ale to nie tak, że jakoś ogólnie była wybitną czarodziejką (no dobrze, w jednej dziedzinie, do czego się nie przyznawała) i jej umiejętności zauroczenia były raczej… mizerne. Policjant z dużym prawdopodobieństwem był jednak faktycznie szowinistą, a przynajmniej będzie odruchowo oczekiwał, że to mężczyzna będzie mówić.
– Cholera wie, nie zdążyłam zebrać informacji, ale że w policji pracuje dużo więcej mężczyzn, pewnie wolałby rozmawiać z tobą… Rzucamy monetą na to, kto gada – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, uznając zdanie się na los za równie dobrą metodę ustalenia, kto zaczyna rozmowę, jak każda inna. I najmniej czasochłonną, a nie chciała marnować czasu. – Awers czy rewers? – zapytała, wydobywając z kieszeni sykla, a potem podrzucając monetę w górę.
Srebro zabłysło, chwytając zabłąkany promień słońca i opadło na awersie.
*
Dwie minut później stali przed drzwiami Larka. Brenna uderzyła w drzwi, dość mocno, ustawiając się nieco przed Aidanem – tak, aby ułatwić mu wyciągnięcie różdżki. Drzwi uchyliły się lekko po kilku sekundach.
Policjant był w średnim wieku – na oko parę lat po czterdziestce. Miał twarz pobrużdżoną pierwszymi zmarszczkami, ciemne włosy zaczynały siwieć. Utkwił w Brennie bardzo uważne spojrzenie czarnych oczu, a coś w jego postawie, w sposobie, w jaki trzymał ręce, sugerowało Bren, że prawdopodobnie poza zasięgiem ich wzroku ukrywał broń.
Paranoja?
A może miał powody do obaw?
Powinna się może zaniepokoić – mugolski pocisk mógł ją zabić równie skutecznie jak avada. Ale może trochę za mało bała się mugoli, a może po prostu nie wierzyła, że ten zacznie strzelać na klatce schodowej.
– Leon Lark? – zapytała, po czym nie czekając na odpowiedź uniosła legitymację, podsuwając mu ją prawie pod nos. – Brenda Stone. Chcielibyśmy porozmawiać z panem o sprawie niejakiej Mary Reed.
Mężczyzna mrugnął, wyraźnie zaskoczony, przeniósł nieco podejrzliwe spojrzenie na Aidana, a potem znowu na legitymację: jakby wietrzył jakiś podstęp.
– Dlaczego mielibyście interesować się sprawą Mary?
– Chodzi o jednego z jej klientów. Może porozmawiamy o tym w środku, panie Lark? – spytała, obdarzając go uśmiechem. – Przykro mi, że nachodzimy pana w domu, ale to sprawa nie cierpiąca zwłoki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.