18.02.2024, 17:08 ✶
Zmęczony i smutny. Nie chciała go takim oglądać, a jednak… jednak taki się jej jawił prosto przed jej nosem. Znaczy, zmęczenie jak zmęczenie, ale ten malujący się smutek jednak ściskał za gardło, wzmagał chęć zamknięcia Moody’ego w swoich objęciach i trwania przy nim, aż w końcu to paskudztwo spłynie i ucieknie precz.
Gdyby to jednak było takie proste…
… gdyby tylko cała sytuacja pomiędzy nimi nie była teraz tak cholernie skomplikowana! Uczucia z przeszłości mieszały się z teraźniejszością; dawne krzywdy i te znacznie lepsze wspomnienia na przemian podpowiadały „uciekaj jak najdalej” oraz „nie wypuszczaj już nigdy”. A na to nakładały się jeszcze inne problemy; znacznie poważniejsze niż sercowe rozterki, które rozrastały się do gargantuicznych wręcz rozmiarów; prawie jakby była lewo odrośniętą od ziemi nastolatką. A i wtedy pierwsze zauroczenia nie ogłupiały tak bardzo jak teraz…
Tak, widok Alastora, zwłaszcza smutnego, sprawiał cholerny ból. Z drugiej strony… i tak już miała wrażenie, że szoruje tego dnia po dnie, więc równie dobrze mogła to być już ostatnia (?) wisienka na torcie, swoiste podsumowanie tego bardzo, bardzo złego dnia. Oraz ostatniego okresu w ogóle.
- Chyba prędzej słońce wzejdzie na zachodzie – mruknęła, kręcąc głową. Miałaby się pokłócić z Brenną? Nie, to się w głowie nie mieściło; pewnie, jakieś różnice zdań musiały kiedyś występować, ale na pewno nie w takim stopniu, żeby strzelać fochem jak stąd do Marsa i ukrywać się przed nią na Nokturnie. Świat by się chyba skończył, gdyby kuzynki pożarły się w aż takim stopniu.
Co nie oznaczało, że niechęć do powrotu nie wiązała się w jakikolwiek sposób z rodziną. Ale nie musiała się z tego zwierzać, prawda? A już na pewno nie w takiej dziurze jak ta; dobre miejsce, by poszukać guza, ale niekoniecznie odpowiednie do zrzucania, co na wątrobie leży. O ile w ogóle, bo Bones przecież miała tendencję do przemilczania wielu rzeczy, co na dłuższą metę potrafiło wyjść bokiem i jakoś tak… niekoniecznie wyciągała z tego wnioski? Albo i wyciągała, tylko średnio jej się widziała zmiana obyczajów? Kto tam wie, co jej w głowie siedziało…
- A ma to jakieś znaczenie? – niby spytała, lecz nie wyglądało, jakby oczekiwała odpowiedzi, o dziwo potulnie jednak grzebiąc po kieszeniach, żeby wyłuskać odpowiednią kwotę. Może nawet trochę za dużo, ale… chuj z tym, w sumie w dużej mierze dostała to, po co tu przyszła, to raz, a dwa – w tej chwili cyferki i tak średnio się składały do kupy i tak, więc wszelakie liczenie było z góry skazane na niepowodzenie – Może być mieszkanie – zdecydowała, kładąc monety na blacie i ostatecznie odpychając się od lady, żeby mało pewnym krokiem (a jak, duma nie pozwalała na poproszenie, żeby służył podparciem; zresztą… może nie tylko duma?) skierować się w stronę wyjścia.
Gdyby to jednak było takie proste…
… gdyby tylko cała sytuacja pomiędzy nimi nie była teraz tak cholernie skomplikowana! Uczucia z przeszłości mieszały się z teraźniejszością; dawne krzywdy i te znacznie lepsze wspomnienia na przemian podpowiadały „uciekaj jak najdalej” oraz „nie wypuszczaj już nigdy”. A na to nakładały się jeszcze inne problemy; znacznie poważniejsze niż sercowe rozterki, które rozrastały się do gargantuicznych wręcz rozmiarów; prawie jakby była lewo odrośniętą od ziemi nastolatką. A i wtedy pierwsze zauroczenia nie ogłupiały tak bardzo jak teraz…
Tak, widok Alastora, zwłaszcza smutnego, sprawiał cholerny ból. Z drugiej strony… i tak już miała wrażenie, że szoruje tego dnia po dnie, więc równie dobrze mogła to być już ostatnia (?) wisienka na torcie, swoiste podsumowanie tego bardzo, bardzo złego dnia. Oraz ostatniego okresu w ogóle.
- Chyba prędzej słońce wzejdzie na zachodzie – mruknęła, kręcąc głową. Miałaby się pokłócić z Brenną? Nie, to się w głowie nie mieściło; pewnie, jakieś różnice zdań musiały kiedyś występować, ale na pewno nie w takim stopniu, żeby strzelać fochem jak stąd do Marsa i ukrywać się przed nią na Nokturnie. Świat by się chyba skończył, gdyby kuzynki pożarły się w aż takim stopniu.
Co nie oznaczało, że niechęć do powrotu nie wiązała się w jakikolwiek sposób z rodziną. Ale nie musiała się z tego zwierzać, prawda? A już na pewno nie w takiej dziurze jak ta; dobre miejsce, by poszukać guza, ale niekoniecznie odpowiednie do zrzucania, co na wątrobie leży. O ile w ogóle, bo Bones przecież miała tendencję do przemilczania wielu rzeczy, co na dłuższą metę potrafiło wyjść bokiem i jakoś tak… niekoniecznie wyciągała z tego wnioski? Albo i wyciągała, tylko średnio jej się widziała zmiana obyczajów? Kto tam wie, co jej w głowie siedziało…
- A ma to jakieś znaczenie? – niby spytała, lecz nie wyglądało, jakby oczekiwała odpowiedzi, o dziwo potulnie jednak grzebiąc po kieszeniach, żeby wyłuskać odpowiednią kwotę. Może nawet trochę za dużo, ale… chuj z tym, w sumie w dużej mierze dostała to, po co tu przyszła, to raz, a dwa – w tej chwili cyferki i tak średnio się składały do kupy i tak, więc wszelakie liczenie było z góry skazane na niepowodzenie – Może być mieszkanie – zdecydowała, kładąc monety na blacie i ostatecznie odpychając się od lady, żeby mało pewnym krokiem (a jak, duma nie pozwalała na poproszenie, żeby służył podparciem; zresztą… może nie tylko duma?) skierować się w stronę wyjścia.