Utkała miałką iluzję swojej osoby, już nie wiedziała, co jest prawdą, a co kwitnie w akwenie fałszu; wiedziała jedno – była różą, która nie więdła; kwiatem, który zawsze cieszył oko, równie silnie co wbudowany w oblicze osjaniczny uśmiech, okraszony całunem krwistoczerwonych warg. Bo przecież potrafiła uwodzić, potrafiła kłamać i kokietować i choć nigdy nie uważała się za femme fatale, jej zachowanie wpisywało się w ramę uogólnionej szczerości. Jej dwie twarze były jednakowo silne, acz tę drugą, odrobinę brzydszą, o duszy demona i ciele wyrachowanej lichwiarki, wypuszczała na światło dzienne niebywale rzadko.
Zupełnie, jakby wiedziała, jak wielkie przerażenie budzi.
– Takie słodkie słówka mów mojej kuzynce. Poza tym, ja nie jestem perłą. Jestem diamentem – udała obruszoną, jednak na jej wargach prędko wykwitł zadziorny uśmiech.
Oparła się o ramię fotela, krzyżując ręce na piersi. Przeszyła go świdrującym spojrzeniem głęboko brązowych tęczówek – istotnie, choć nie byli spokrewnieni ze sobą najbliżej, można było dostrzec pewne drobne szkopuły, które jednały ich ku wspólnemu pochodzeniu. Prawdopodobnie była to niezachwiana, głęboka czerń włosów lub nisko osadzone brwi.
Wzruszyła ramionami na jego słowa i podeszła do blatu, wysypując śnieżnobiałą, miałką kreskę na jego powierzchni. Odwróciła się jedynie przez ramię, zerkając na Rodolphusa, gdy zwijała w rulonik jeden z banknotów przeznaczonych na specjalne okazje.
– Czystość umysłu to kwestia względna, mój drogi – odparła, pochylając się i gwałtownie wciągając kreskę. I drugą. I trzecią. Oczy odrobinę się zaszkliły, gdy pociągała nosem. – No już, wyskakuj ze swoich aberracji. To, że ja jestem naćpana, nie oznacza, że ty masz prawo pozostać tym tajemniczym sobą. Liczę na pikantne szczególiki.
I gdy należyte sekundy trzeźwości przeminęły, podeszła do fotela kuzyna i niewiele myśląc, rzuciła się w jego ramiona jak długa.
– Powinniśmy się częściej widywać – wyszeptała w jego ramię.
Nie było w tym nic niepoprawnego i nic zbereźnego; nie zakrawało to nawet o flirt, jednak Loretta już buszowała gdzieś w gwiazdach, z twarzą wtuloną w kuzynowskie ramię.
– Ja to robię dla yyy… – zaczęła, prędko jednak zacięła się, biorąc głęboki wdech. – Dla czystego sportu i zabawy. Nieczęsto, czasami – wyartykułowała.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it