Wszechrzecz stanowiła dla niej jedną z sypkich nie-wartości; tak długo, jak brylanty gwiazd spozierały na nią z tlącego się czernią nieba, ku któremu sunęły oddechy i dym papierosowy, nie potrzebowała absolutu. Żywiła się zaś miłością i tragediami – dokładnie w tej kolejności, nigdy na odwrót, zawsze w stonowanej sekwencji. Kochała i niszczyła, jednak czy to właśnie na tym nie polegała umierająca miłość? Bo ona umierała codziennie na nowo, znajdując coraz nowsze obiekty jej obsesyjnej potrzeby posiadania i krzywdzenia. Jej uwielbienie do krzywdy nie równało się z Fellinim, a jednak brzydota krwi skraplającej posadzkę była dziwnie nęcąca.
Niepokojąco ekscytująca.
Okej nigdy nie było wystarczające, nigdy nie świadczyło, że będzie kochać i być kochaną. Jednak wtedy, gdy krople wody czyniły z jej skóry galaktykę, umierające gwiazdy śmierci, okej było w zupełności dostateczne.
Czy wiesz, że ogon spadających gwiazd, to spalany wodór? Gwiazdy płoną, one umierają i dopiero zderzenie z rychłym czołem ziemi sprawia, że zaznają spokoju. Jestem gwiazdą, a ty jesteś wodorem.
– Inspiruję się umieraniem. Tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy jest bliski otchłani szaleństwa; większość moich prac jest tanatyczna. Nie dlatego, że jestem domorosłą dwudziestolatką pochłoniętą werteryzmem, ja po prostu lubię czuć – odparła, wzrok ponownie ogniskując w powierzchni obrazu, który budził przyjemne, masochistyczne uczucie bycia pożeranym.
Sprowadzała ludzi na manowce.
Wyglądała na miłą, co było fantastyczną fatamorganą, iluzją dla ślepych; bo choć była z natury pogodna, z natury była również mściwa i okrutna. To, co chowała za fasadą urokliwych uśmiechów, było nieomal transparentne; grała więc w tę grę, choć w szachach nie była nigdy dobra.
– Nie chciałby pan czasem uciec, panie Longbottom? – zabrzmiała filuternie, wpychając na usta uśmiech urokliwy i fascynujący.
Bo ona często chciała stać się tą właśnie płonącą gwiazdą, zjadaną przez własne tchnienie. Rozbić się o coś w drobny mak, a przecież rzeczy jak miłość, raz zniweczone w kawałki, drugi raz nie powrócą do pierwotnej formy. Obchodziła się więc ze swoją uczuciowością delikatnie i z rezerwą, zadając kłam tej oddychającej uczuciami i marzeniami marze, którą więziła gdzieś na dnie duszy, razem z wszystkimi aberracjami oraz tym demonem żądnym krwi.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it