18.02.2024, 20:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 20:08 przez Samuel McGonagall.)
– A jest jakaś inna Nora?– zapytał całkiem szczerze, nie zamierzając się przyznać do tego, że o nazwisko nie pytał. W małej społeczności nie były one potrzebne. Jeśli nawet gdzieś było dwóch Jimów, to wiadomo, że jeden jest Jimem dekarzem, a drugi Jimem rzeźnikiem i nie powinni się mylić. Albo Stary Dobry Jim i ten Kuternoga Jim. Zawsze znajdowało się jakiś dobry sposób na to, by nazwać drugą osobę.
On wiedział, że jest McGonagallem. Jego mama wspominała, że płynie w nim krew rodu czarodziei, którzy potrafią robić wiecej ze swoimi zwierzęcymi formami. Zasadniczo, że mają ich więcej, a w drugiej kolejności że przy odrobinie praktyki, Sam będzie w stanie zamieniać tylko część swojego ciała w zwierzęcą. Trenował już z oczami, bardzo bawiły go małe krogólcze nóżki dyndające mu od kostek. Modelowanie rozmiarami było trudne, ale nie nieosiągalne. W końcu był McGonagallem, tak jak dziadek i mama i odczuwał z tego dumę, nawet jeśli w domu słyszał, że nie ma to aż takiego znaczenia. No bo z rodziną nie utrzymywali kontaktu... Pamiętał jak przez mgłę dwa, czy trzy spotkania, ale nic więcej. Może echo jakiejś kłótni.
Kim był ojciec i jaka była jego krew nie wiedział więcej, ponad to, że była czarna. Skaleczenia zdarzały się w lesie. Ale podobnie jak samo istnienie ojca w ich małej leśniczówce było tajemnicą, o której przysięgał regularnie nikomu nie mówić, tak samo i kolor jego krwi, jego imię... Alistar był dobrym duchem puszczy, był miłością życia matki, był w końcu jego ukochanym ojcem. I cały czas powtarzał, że gdyby mógł znów zdecydować, to wybrałby tak samo, byle tylko z nimi być. Sam domyślał się, że gdyby ojciec miał nazwisko, albo gdyby komuś powiedział, że jest on w lesie z nimi, to przyszedłby System i zabrał mu ojca. A tego nikt nie chciał, prawda?
– Ta umowa mi się podoba. Ja nie powiem, Ty nie powiesz. Heh, nie jestem dobry w sekretach, ale może to jak z drewnem i transmutacją – wszystko wymaga odpowiedniej ilości czasu i praktyki. – powiedział dość swobodnie i zupełnie nieświadomie zrobił doskonałą zasłonę dymną dla Największego Sekretu, na którym Najbardziej Mu Zależało. Bo o ojcu nie zamierzał mówić nikomu. Przysiągł.
Nagle wkoło nich stało sie tak jakby cicho, wiatr zawiał przynosząc lekki swąd zgnilizny i chłodu. Zupełnie, jakby w okolicy był cmentarz, zupełnie jakby w okolicy było coś mrożącego krew w żyłach.
– O nie...– wymamrotał Samuel, którego oczy w końcu zaczęły ogarniać gdzie się znaleźli. Boginowy most... znał zasady, ale wciąż, wciąż miał problem by przemóc strach, by umieć oszukać strach. A strach ciągnął za kolejne niebezpieczne sznurki.
Cień spod mostu zaczął się wydłużać, w uszy Sama uderzył miarowy stukot obcasów o obślizgły, śmierdzący bruk Londynu.
– Brenna, musisz uciekać, błagam, uciekaj... – krzyknął odpychając ją mocno od siebie, spodziewając się, że zaraz ziemia znów się zatrzęsie i znów oczy przesłoni mu ból. Ziemia nie wybaczała, gdy bał się tak mocno, a strach przed strachem potęgował strach...
na Klątwę Żywiołów
On wiedział, że jest McGonagallem. Jego mama wspominała, że płynie w nim krew rodu czarodziei, którzy potrafią robić wiecej ze swoimi zwierzęcymi formami. Zasadniczo, że mają ich więcej, a w drugiej kolejności że przy odrobinie praktyki, Sam będzie w stanie zamieniać tylko część swojego ciała w zwierzęcą. Trenował już z oczami, bardzo bawiły go małe krogólcze nóżki dyndające mu od kostek. Modelowanie rozmiarami było trudne, ale nie nieosiągalne. W końcu był McGonagallem, tak jak dziadek i mama i odczuwał z tego dumę, nawet jeśli w domu słyszał, że nie ma to aż takiego znaczenia. No bo z rodziną nie utrzymywali kontaktu... Pamiętał jak przez mgłę dwa, czy trzy spotkania, ale nic więcej. Może echo jakiejś kłótni.
Kim był ojciec i jaka była jego krew nie wiedział więcej, ponad to, że była czarna. Skaleczenia zdarzały się w lesie. Ale podobnie jak samo istnienie ojca w ich małej leśniczówce było tajemnicą, o której przysięgał regularnie nikomu nie mówić, tak samo i kolor jego krwi, jego imię... Alistar był dobrym duchem puszczy, był miłością życia matki, był w końcu jego ukochanym ojcem. I cały czas powtarzał, że gdyby mógł znów zdecydować, to wybrałby tak samo, byle tylko z nimi być. Sam domyślał się, że gdyby ojciec miał nazwisko, albo gdyby komuś powiedział, że jest on w lesie z nimi, to przyszedłby System i zabrał mu ojca. A tego nikt nie chciał, prawda?
– Ta umowa mi się podoba. Ja nie powiem, Ty nie powiesz. Heh, nie jestem dobry w sekretach, ale może to jak z drewnem i transmutacją – wszystko wymaga odpowiedniej ilości czasu i praktyki. – powiedział dość swobodnie i zupełnie nieświadomie zrobił doskonałą zasłonę dymną dla Największego Sekretu, na którym Najbardziej Mu Zależało. Bo o ojcu nie zamierzał mówić nikomu. Przysiągł.
Nagle wkoło nich stało sie tak jakby cicho, wiatr zawiał przynosząc lekki swąd zgnilizny i chłodu. Zupełnie, jakby w okolicy był cmentarz, zupełnie jakby w okolicy było coś mrożącego krew w żyłach.
– O nie...– wymamrotał Samuel, którego oczy w końcu zaczęły ogarniać gdzie się znaleźli. Boginowy most... znał zasady, ale wciąż, wciąż miał problem by przemóc strach, by umieć oszukać strach. A strach ciągnął za kolejne niebezpieczne sznurki.
Cień spod mostu zaczął się wydłużać, w uszy Sama uderzył miarowy stukot obcasów o obślizgły, śmierdzący bruk Londynu.
– Brenna, musisz uciekać, błagam, uciekaj... – krzyknął odpychając ją mocno od siebie, spodziewając się, że zaraz ziemia znów się zatrzęsie i znów oczy przesłoni mu ból. Ziemia nie wybaczała, gdy bał się tak mocno, a strach przed strachem potęgował strach...
na Klątwę Żywiołów
Rzut O 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!