18.02.2024, 21:43 ✶
Zanim wpadłem w tarapaty permanentne, byłem zdecydowanie mniej roztropny i poukładany. Burzowe chmury, wzburzone morze, a ja parłem przed siebie jak ten ostatni kretyn. Zdeterminowany, co prawda. Zamierzałem pokazać swojej rodzince, że nie potrzebowałem niańki i mogłem sam polować, bo przecież swoje wiedziałem i potrafiłem, więc co mogłoby się stać złego? Miałem, powiedzmy sobie szczerze, wszystko pod kontrolą, w dłoni włócznię z eleganckim, zaostrzonym nożem na końcu. Idealna broń na tropienie niegrzecznej ryby, która porywała ludzi w ciemną, bezkresną toń.
Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że wichura będzie się robiła coraz potężniejsza. Coraz mniej widziałem, słyszałem sam świst, a woda była niczym rozszalała bestia. Czyżby czary czy tak serio bywało w trakcie burzy? Nie za często przebywałem nad wodą i już miałem problemy z namierzeniem bestii, mimo że miałem specjalne, rodowe ułatwienia w tym zakresie.
- Jebane morze! - wykrzyczałem przed siebie, przeklinając wniebogłosy zaistniałą sytuację. Mój krzyk zniknął w tym armageddonie. Nie zamierzałem się jednak tak lekko poddać, więc pozostawiłem rzeczy na brzegu by wejść do wody bez wierzchniego odzienia, lekko ubranym, z dzidą w ręku. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co nie?
Wziąłem głęboki wdech i skupiłem się, chcąc coś wyłapać gdzieś pomiędzy szamoczącymi się falami a wiatrem. Huczał, świszczał. Nie zachęcał do słuchania, ale jakoś udało mi się wyciszyć te niepożądane dźwięki, tylko że wtedy mój słuch padł na coś innego. Na coś, w co raczej nie powinienem się wsłuchiwać, ale stało się.
Delikatny, męski śpiew dotarł do mych uszu w nieznanym mi utworze. Zniknął nadchodzący sztorm, walka wody z ziemią, powietrza z wodą. Były tylko słowa, piękny język nucący pieśń, za którą można by się właściwie pociąć, zabić dać może...? Zapragnąłem się do niego zbliżyć, usłyszeć bardziej, wsłuchać w te słowa niczym w najdoskonalszy twór na świecie. Koneserem sztuki muzycznej nie byłem, aczkolwiek to musiało być dzieło.
Postąpiłem pierwszy, drugi krok, coraz bardziej żwawo. Fale nie walczyło ze mną, tylko pomagały mi stąpać do przodu, ku morskim skałom, a kiedy grunt pod moimi nogami ustąpił, płynąłem przed siebie, na ślepo, wiedziony tylko pieśnią. Wiedziałem, byłem pewien, skąd się bierze i właśnie tam zamierzałem dotrzeć.
Tyle tylko, czy niebezpieczne otoczenie i równie niebezpieczna bestia mi na to pozwoli? Broń została mi odebrana przez wodę, więc byłem totalnie bezbronny, ale... czy coś mi tu groziło? Ewidentnie już nie.
Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że wichura będzie się robiła coraz potężniejsza. Coraz mniej widziałem, słyszałem sam świst, a woda była niczym rozszalała bestia. Czyżby czary czy tak serio bywało w trakcie burzy? Nie za często przebywałem nad wodą i już miałem problemy z namierzeniem bestii, mimo że miałem specjalne, rodowe ułatwienia w tym zakresie.
- Jebane morze! - wykrzyczałem przed siebie, przeklinając wniebogłosy zaistniałą sytuację. Mój krzyk zniknął w tym armageddonie. Nie zamierzałem się jednak tak lekko poddać, więc pozostawiłem rzeczy na brzegu by wejść do wody bez wierzchniego odzienia, lekko ubranym, z dzidą w ręku. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co nie?
Wziąłem głęboki wdech i skupiłem się, chcąc coś wyłapać gdzieś pomiędzy szamoczącymi się falami a wiatrem. Huczał, świszczał. Nie zachęcał do słuchania, ale jakoś udało mi się wyciszyć te niepożądane dźwięki, tylko że wtedy mój słuch padł na coś innego. Na coś, w co raczej nie powinienem się wsłuchiwać, ale stało się.
Delikatny, męski śpiew dotarł do mych uszu w nieznanym mi utworze. Zniknął nadchodzący sztorm, walka wody z ziemią, powietrza z wodą. Były tylko słowa, piękny język nucący pieśń, za którą można by się właściwie pociąć, zabić dać może...? Zapragnąłem się do niego zbliżyć, usłyszeć bardziej, wsłuchać w te słowa niczym w najdoskonalszy twór na świecie. Koneserem sztuki muzycznej nie byłem, aczkolwiek to musiało być dzieło.
Postąpiłem pierwszy, drugi krok, coraz bardziej żwawo. Fale nie walczyło ze mną, tylko pomagały mi stąpać do przodu, ku morskim skałom, a kiedy grunt pod moimi nogami ustąpił, płynąłem przed siebie, na ślepo, wiedziony tylko pieśnią. Wiedziałem, byłem pewien, skąd się bierze i właśnie tam zamierzałem dotrzeć.
Tyle tylko, czy niebezpieczne otoczenie i równie niebezpieczna bestia mi na to pozwoli? Broń została mi odebrana przez wodę, więc byłem totalnie bezbronny, ale... czy coś mi tu groziło? Ewidentnie już nie.