18.02.2024, 22:56 ✶
– Zaczekam aż będę pewna, że wszyscy będą mieli na to czas i nastrój. Na eee, ostatnim balu parę rzeczy zaskoczyło i mnie, i gości, i mam wrażenie, że może wyjść tak, że po tej potańcówce nikt nie będzie chciał przychodzić na moje kolejne przyjęcia – stwierdziła Brenna. Uśmiechała się przy tym pogodnie, a ton miała żartobliwy, jakby wcale nie mówiła poważnie, chociaż w istocie tak właśnie było. Chciała dać się im na moment oderwać, zintegrować, zwłaszcza z osobami, które do Zakonu albo dołączyły, albo funkcjonowały w jego pobliżu, a niepokoiła się trochę, że wszystko diabli wezmą i że tak naprawdę ten pomysł od początku był skazany na porażkę.
Ale po prostu starała się udawać, że wie, co robi, chociaż tak naprawdę nie miała pojęcia.
– Na pewno nie przyniesiesz mi wstydu, Sam. To żadna wielka feta czystokrwistych i oczywiście, że jesteś tutaj mile widziany – uspokoiła go, bo niezbyt wyobrażała sobie, aby Samuel mógł zrobić coś z tego, co faktycznie uznałaby za powód do wstydu, że go zaprosiła. Mógł być niezręczny towarzysko, mógł kogoś urazić niechcący, ktoś mógł pomyśleć, że ten jest dziwny – ale wiedziała, że nikogo nie obrazi celowo, nie urządzi awantury po pijanemu, nie będzie próbował siłą ciągnąć żadnej kobiety na parkiet.
Zaskoczył ją trochę, gdy ją objął, ale po prostu wyciągnęła ramiona i zamknęła go w mocnym uścisku. Może nie umiała w pełni zrozumieć Samuela, wiedziała jednak, że jest samotny: i że rodzice, w tej przedziwnej paranoi, chęci chronienia go, zrobili mu krzywdę. Nie był na tyle dziki, na tyle odseparowany od społeczeństwa, by nie łaknąć kontaktu z ludźmi – nie był jednocześnie na tyle ucywilizowany, aby nie stanowiło dla niego problemu zadzierzgnięcie relacji i ich podtrzymanie. Sama nie była pewna, na ile zdołałaby się zaprzyjaźnić z Samem, gdyby spotkała go trochę później, nie wtedy, kiedy miała te naście lat, pstro w głowie i wyciągała rękę bez wahania do każdego, kogo napotkała na swojej drodze.
Ale poznali się właśnie wtedy i to wystarczyło.
– Pewnie, że jestem i nigdzie się nie wybieram. I bardzo cieszę się, że ty jesteś – zapewniła, bo to przecież nie tak, że on był biednym Kopciuszkiem, a ona tą wróżką, która wpadała, by machnąć różdżką, nic nie dostając w zamian – był jej przyjacielem i za przyjaźń odwdzięczał się przyjaźnią.
Ale po prostu starała się udawać, że wie, co robi, chociaż tak naprawdę nie miała pojęcia.
– Na pewno nie przyniesiesz mi wstydu, Sam. To żadna wielka feta czystokrwistych i oczywiście, że jesteś tutaj mile widziany – uspokoiła go, bo niezbyt wyobrażała sobie, aby Samuel mógł zrobić coś z tego, co faktycznie uznałaby za powód do wstydu, że go zaprosiła. Mógł być niezręczny towarzysko, mógł kogoś urazić niechcący, ktoś mógł pomyśleć, że ten jest dziwny – ale wiedziała, że nikogo nie obrazi celowo, nie urządzi awantury po pijanemu, nie będzie próbował siłą ciągnąć żadnej kobiety na parkiet.
Zaskoczył ją trochę, gdy ją objął, ale po prostu wyciągnęła ramiona i zamknęła go w mocnym uścisku. Może nie umiała w pełni zrozumieć Samuela, wiedziała jednak, że jest samotny: i że rodzice, w tej przedziwnej paranoi, chęci chronienia go, zrobili mu krzywdę. Nie był na tyle dziki, na tyle odseparowany od społeczeństwa, by nie łaknąć kontaktu z ludźmi – nie był jednocześnie na tyle ucywilizowany, aby nie stanowiło dla niego problemu zadzierzgnięcie relacji i ich podtrzymanie. Sama nie była pewna, na ile zdołałaby się zaprzyjaźnić z Samem, gdyby spotkała go trochę później, nie wtedy, kiedy miała te naście lat, pstro w głowie i wyciągała rękę bez wahania do każdego, kogo napotkała na swojej drodze.
Ale poznali się właśnie wtedy i to wystarczyło.
– Pewnie, że jestem i nigdzie się nie wybieram. I bardzo cieszę się, że ty jesteś – zapewniła, bo to przecież nie tak, że on był biednym Kopciuszkiem, a ona tą wróżką, która wpadała, by machnąć różdżką, nic nie dostając w zamian – był jej przyjacielem i za przyjaźń odwdzięczał się przyjaźnią.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.